AFFIDAVIT – Artur Władysław Nowacki

Witaj,

Jestem Wolną Samostanowiącą i Suwerenną Istotą. Nazywam się Artur Władysław Nowacki. Przyjaciele nazywają mnie Ari.

Zapoznanie z orzeczeniem
Poniższe orzeczenie rzuci światło na sposoby działania Marcina Krynieckiego vel Pol Lechicki / Marcin Vam i potwierdzającym to, iż Marcin Kryniecki – (dalej nazywany Marcin) realizuje politykę niezgodną z szeroko rozumianą suwerennością i ostatecznie prowadzi do sprzeniewierzenia potencjału tego ruchu jak i potencjalnego jego rozpadu. Na przestrzeni lat 2015-18 byłem bezpośrednio związany z Marcinem jak i wraz z innymi pięcioma mężczyznami, którzy wspólnie rozpoczęli projekt Ariowie. Na dzień dzisiejszy jestem zdania, iż Marcin jest daleki od realizowania głównych założeń jakie wspólnie przyświecały nam podczas tworzenia tej ponadczasowej idei jak i realizuje politykę niezgodną z szeroko rozumianą suwerennością, która w efekcie prowadzi do wielu szkód opisanych w tym jak i w osobnych dokumentach.

Na przestrzeni lat, w których poznałem Marcina, zauważyłem że jest postacią, która budzi u ludzi wiele kontrowersji jak i lęku. Niestety w moim odczuciu ten lęk stoi u podstaw zaniechania uiszczenia podobnych orzeczeń przez innych znanych mi osobiście i którzy ponieśli odczuwalną krzywdę i wymierne szkody, co w konsekwencji do dzisiaj negatywnie wpływa na ich życie.

Wszystko co piszę jest zgodne z tym jak pamiętam fakty i mogę to zeznawać pod przysięgą. Głównym motywem moich działań jest opowiedzenie historii, która się wydarzyła i była widziana moimi oczami, a o której mało kto wie. Orzeczenie, które napisałem nie należy do krótkich i tym samym zalecana jest cierpliwość w wyciąganiu wniosków, jak i domyślność czytającego, bowiem najbardziej wartościowa informacja jest wynikiem całościowego spojrzenia na wszystkie zdarzenia. Bardzo ważna będzie również wola czytania pomiędzy wierszami.

Czy właściwym jest wydanie informacji dotyczących genezy ruchu Ariowie, zakulisowych relacji jakie się zbudowały wówczas podczas powstawania tego projektu, jak i również wielu innych z nim skojarzonych takich jak OSDome, Pierwsza Wioska Lechicka Solaris? Na dzień dzisiejszy uważam, że TAK gdyż prawda musi się umieć wybronić. Tym samym my, jeśli chcemy żyć w świecie opartym o Prawdę to musimy jej pomóc.

W listopadzie 2020 dostałem od znajomego email, w którym znajdowało się obwieszczenie suwerenów, którzy zostali wydaleni ze struktur niniejszego ugrupowania. Zaczęli oni mieć podejrzenia wobec Marcina jakoby on stał za decyzjami, które można uznać za zakusy dyktatorskie prowadzące do powstawania ugrupowania opartego na hegemonii jednego nadzorcy.

Z uwagi na to, że dwa lata temu byłem bliski załamania nerwowego – nie wiedziałem w jaki sposób mam się zachować wobec zaistniałej sytuacji. Zaniechanie mojego działania zmierzającego ku pełnemu wyjawieniu znanych mi faktów, było wynikiem konfliktu jaki pojawił się we mnie wewnętrznie. Głównym z nich była wątpliwość, czy mam prawo do publicznego wyjawienia informacji, które można było uznać za prywatne w kontekście prowadzonych firm, rozliczeń oraz dotkniętych krzywdą postaci. Dodatkowo w końcowych etapach mojej znajomości z Marcinem, wymieniłem z nim kilka emaili, w których złożyłem mu „Votum nieufności”, zarazem tłumacząc iż w moim rozumieniu „on jest problemem, nie rozwiązaniem”. Niestety Marcin miał dostęp do mojej skrzynki email, gdyż wspólnie prowadziliśmy wcześniej działalność, tym samym zmienił hasła (czego się wyparł) pozbywając mnie bezpośredniego dostępu do naszej wymienionej komunikacji. Część z tej komunikacji przeze mnie została nagrana w formie audio video i być może będzie wykorzystana w razie potrzeby w późniejszym czasie. Tym niemniej niektóre akapity wspomnianej komunikacji były pełne agresji w moją stronę jak i tłumaczeniem o możliwych konsekwencjach zaskarżenia mnie z tytułu mojej woli ujawnienia tych newralgicznych informacji.

Niniejszym przestałem kierować się lękiem i zacząłem ufać, że nie brakuje ludzi dobrej woli, świadomych i takich, którzy umieją nie tylko kierując się logiką, ale i intuicyjnie rozpoznać gdzie leży prawda. Co do wymienionych w moim oświadczeniu ludzi, z większością skontaktowałem się osobiście aby upewnić się iż historia, w której się znaleźli jest im znana i nie będą występowały obiekcje z ich strony.

Poniższy tekst stanowi AFFIDAVIT i jestem gotów zeznawać co do wszystkich podanych informacji, jakoby były według mojej pamięci i dzisiejszego stanu wiedzy PRAWDĄ i zrobić to pod przysięgą.

Tutaj muszę również nadmienić, iż ze względu na to, iż w moim rozumieniu ludzka percepcja jest bardzo zróżnicowana chciałbym uhonorować fakt tego, że niektórzy z nas posługują się bardzo logicznym, zero-jedynkowym sposobem rozumienia świata, inni natomiast odbierają go na poziomie odczuwania, posługując się bardziej intuicyjnym podejściem. Tym samym chciałbym uhonorować obie grupy odbiorców. Zatem oprócz długiego opisu, na końcu niniejszego dokumentu można znaleźć krótkie orzeczenie w formie wypunktowanych faktów – lub też wypowiedzi, które mogą z łatwością być potwierdzone.

Przed powołaniem organizacji Ariowie
Do końca 2020 roku mieszkałem w Londynie i żyłem tam od roku 2002. W roku 2015 brałem udział w tzw sympozjum UFOlogicznym organizowanym przez NTNS (Najmniejsza Telewizja na Świecie). Na spotkanie zostało zaproszonych wielu Polaków zainteresowanych wiedzą alternatywną, ezoteryczną i UFOlogiczną. Sam zdecydowałem się brać udział w tym spotkaniu, gdyż w ostatnich latach coraz bardziej interesowały mnie tematy spoza domeny głównego nurtu jak i szeroko pojmowany rozwój świadomości. W dużej mierze wpływ na moją decyzję miała wizyta w grudniu 2014 roku do Peru w PD Ameryce. Tam też przeszedłem życiowe katharsis, na skutek pracy jaką odbyłem w dżungli wraz z uzdrowicielami-szamanami. Jest to ważne, gdyż wydarzenia z tamtego czasu miały olbrzymi wpływ na kształtowanie mojej świadomości. Do dnia dzisiejszego uważam, że prawidłowo przeprowadzona praca z roślinami z dżungli, niesie w sobie wielki potencjał pozwalający jednostce na bardzo dogłębne uzdrawianie większości kwestii zdrowotnych, nie tylko związanych z nasza psychiką ale jak i tych bardziej fizycznych.

Podczas londyńskiego sympozjum miejsce miało zintegrowanie sporej części polonii i stało się tak dzięki Dominikowi P. który zaproponował „świadome spotkanie„, jako kontynuacje ciekawych znajomości nawiązanych podczas sympozjum. Zgłosiła się spora grupa ponad 20 Polaków, którzy w krótkim czasie uformowali trend dwutygodniowych „świadomych spotkań„.

Te warsztaty początkowo miały charakter luźny i ich głównym celem było dzielenie się wiedzą na temat różnych dziedzin nie przedstawianych w mediach głównego nurtu. Dzięki temu, że na zajęcia przychodzili naprawdę ciekawi ludzie, grupa zaczęła szybko rosnąć i w okresie miesiąca było nas ponad trzydziestu. Prowadzący początkowo te zajęcia Dominik P. dzielił się bardzo hojnie informacjami z zakresu inwigilacji społecznej, zatruwania konsumentów wodą i jedzeniem jak również technologicznymi ciekawostkami dotyczącymi wszelkiej kontroli społeczeństwa. W krótkim czasie dowiedzieliśmy się jak bardzo nieświadomą w obecnych czasach jest nasza cywilizacja i jak wiele zagrożeń niesie ze sobą samo codzienne życie w systemie. Niestety tego typu sposób prowadzenia zajęć doprowadził do wielu stresujących sytuacji podczas spotkań i coraz więcej osób zaczęło mówić o tym, że przestanie przez to przychodzić na warsztaty.

Widząc wielki potencjał w tej grupie, postanowiłem podjąć się zadania aby trochę urozmaicić te zajęcia. Organizowanie spotkań, integrowanie ludzi zawsze było mi bliskie i dawało możliwość spełnienia marzeń o budowaniu społeczeństwa nowej generacji. Na skutek kilku moich sugestii, oraz zorganizowanej przeze mnie wspólnej wycieczki do Brighton gdzie zwiedzaliśmy architekturę domów samowystarczalnych, zostałem wybrany (początkowo wraz z Dominikiem) jako współorganizator co dwutygodniowych spotkań. Zawiązałem wówczas również grupę na FB – Świadomi Londyn, dzięki której mieliśmy możliwość koordynacji i planowania naszych spotkań. Grupa zaczęła rosnąć jeszcze szybciej, w krótkim czasie nawiązały się bardzo bliskie znajomości. Na jednym z warsztatów wspomniałem, że zauważam taki wielki potencjał iż jasnym jest dla mnie, że nasze spotkania będą prowadziły do czegoś naprawdę wielkiego – powiedziałem wówczas, iż powinniśmy nawiązać do istnienia Armię Światła (użyłem dokładnie tych słów). Zakładam, że ktoś z tamtejszej grupy jeszcze to pamięta. Kochałem tamte spotkania i bardzo dużo czasu wkładałem w przygotowywanie kolejnych zajęć, organizując gości, tematy i integrując grupę.

Kilka tygodni po tym, mieliśmy się ponownie spotkać na zajęciach w nowej sali, był to październik lub już listopad 2015. Z tytułu tego, że było już nas naprawdę dużo (przyp 30-35), nie mieściliśmy się w piwnicy kafejki na Ealing i musieliśmy zacząć wynajmować nową salę w Pn Londynie. Na tamten czas przerabialiśmy w grupie tematy takie jak oczyszczanie ciała, porody lotosowe, zakazana archeologia, ayahuaska i inne enteogeny. Tym razem niestety przybywając całą grupą, nie mogliśmy się dostać do sali, gdyż odźwierna nie pojawiła by nas wpuścić. Było to bardzo dziwne, gdyż była to wyjątkowo sumienna pracownica ze szkoły. Jak się później okazało, nieszczęśliwy traf spowodował, że cały weekend była zamknięta w windzie, na skutek jej awarii i zbiegiem okoliczności w budynku w którym doszło do incydentu nie było w weekend nikogo.

Ze względu na to, iż tego dnia zgromadziła się spora ilość uczestników rzucona została propozycja aby przenieść spotkanie do lokalnego pubu, gdzie chociaż nieoficjalnie będziemy mogli porozmawiać, wymienić się informacjami i jeszcze bardziej zintegrować grupę. Tak też uczyniliśmy i tym samym cała nasza ekipa znalazła się w lokalnym, pubie.

Podczas pierwszej godziny na spotkanie przyszedł Aleks Berdowicz (prowadzący telewizję internetową Porozmawiajmy TV) wraz ze swoją partnerką, jak i Marcin Kryniecki jako ich towarzysz. Ze względu na to, iż czułem się organizatorem tego spotkania, zasiadłem blisko Marcina, aby móc lepiej poinformować naszego gościa o charakterze naszej grupy.

Tak zaczęła się moja znajomość z Marcinem Krynieckim (Polem Lechickim, Marcinem Vam) – moim przyszłym biznes partnerem, współzałożycielem Ruchu Ariowie i współtowarzyszem wielu przygód. Jedną z nich jest niewątpliwie obecna, w której ja występuję jako orzekający w sprawie Marcina K. jakoby dopuścił się działania z premedytacją w celu osłabienia-sprzeniewierzenia faktycznego potencjału jaki kryje się w ludziach, zaawansowanej manipulacji, defraudacji finansowej jak i wywierania wpływu poprzez działalność w tzw astralu, powodującego krzywdę niewygodnym dla siebie indywiduom. Jednakowoż chciałbym zaznaczyć, że nie chowam urazy do Marcina K. i nie robię tego przeciwko niemu, chociaż tak może to być odebrane. Moim faktycznym celem jest działanie w stronę wolności, suwerenności i prawdy. Tym samym jeśli ma to powodować postawienia działań Marcina K., w niekorzystnym dla niego świetle to jedyne co mogę powiedzieć jest to, że takim jest prawo naturalne – każda akcja rodzi reakcję.

Podczas spotkania w pubie Marcin oznajmił, że jest „niejedzącym” (bretarianinem). Wyszło to podczas rozmowy o projekcie domów kopułowych tzw. Kopuły Lechickiej. Kopuła Lechicka, była projektem nad którym później wspólnie pracowaliśmy. W zasadzie nie był to projekt, a tak naprawdę pięknie zwizualizowany koncept, który stał się fizyczną manifestacją wspólnego dążenia do wolności, piękna i samowystarczalności. W późniejszym czasie stała się symbolem czegoś więcej, mianowicie chorobliwych, nadmiernych ambicji jak i braku chęci samokrytycznego ocenienia sytuacji. W szczegóły wejdę później.

Kilka tygodni przed spotkaniem w pubie brałem udział w Londynie w spotkaniu z ludźmi, którzy interesowali się budownictwem kopułowym i sami chcieli wybudować kopułę. Synchroniczność okoliczności była zatem uderzająca i tym samym dodała dla mnie trochę abstrakcyjnego charakteru temu wydarzeniu. Dodatkowo fakt, że nowo poznany gość jest niejedzącym – sprawił, że całym sobą zaangażowałem się w rozmowę z tą wyjątkowo ciekawą postacią. Bretarianizmem zacząłem bardzo interesować się już rok wcześniej i był to wątek jaki przejawiał się na naszych świadomych spotkaniach kilkukrotnie. Tym większy był dla mnie pozytywny szok, że doświadczamy takie synchroniczności.

Bardzo szybko rozwiałem swoje intuicyjne komunikaty mówiące o tym, że na pierwszy rzut oka Marcin wygląda jak szkolony, zaawansowany żołnierz, który przez większość czasu nosi maskę dostojności, nie ukazując swoich prawdziwych intencji i emocji.

Jednak stwierdziłem, że nie chcę być nieufnym. Umiałem sobie to wytłumaczyć, w taki sposób, że skoro ja chcę budować nowe społeczeństwo to ufność do ludzi musi być podstawą. Jeśli pojawią się ludzie o nieszczerych intencjach, wówczas cały proces ich zweryfikuje. Może potrwa to dłuższy czas, ale wierzę w to, że przysłowiowa oliwa zawsze na wierzch wypływa. Tym samym otworzyłem się całkowicie na nową znajomość, wchodząc w nią na 100%. Już dzień później spędziłem z Marcinem na telefonie co najmniej godzinę, zadając wiele pytań i robiąc notatki. Na tamten czas moim pomysłem było, aby Marcin zrobił wykład na Świadomych spotkaniach i opowiedział o domach kopułowych. Dodatkowo chciałem jak najwięcej wyciągnąć informacji o wielu innych dziedzinach w jakich miał imponującą wiedzę. Jak się później okazało, zdaje się że i Marcin miał plan wobec mnie.

Na przestrzeni następnych dni to on zaczął do mnie dzwonić i spędzaliśmy na telefonie długie godziny. Było to dziwne uczucie, jakby wola utrzymywania swoich prywatnych spraw zanikła i otworzyłem się, dzieląc wieloma prywatnymi sprawami. Nie sposób przytoczyć ich wszystkich, minęło 5 lat od tamtej pory. Ale nie będzie przesadą jeśli napiszę, że pozwoliłem Marcinowi na to, żeby poznał mnie BARDZO dobrze.

Wiem, że mam wiele do zaoferowania dla tego świata i zawsze z sercem podchodziłem do ludzi. Chciałem aby to wiedział, być może na jakimś podświadomym poziomie widziałem, że jego podejście jest ZUPEŁNIE różne od mojego. W przeciągu pierwszych rozmów połączyłem kropki rozumiejąc, iż Marcin ma wyszkolenie psychologiczne, operuje różnego rodzaju zabiegami, trikami z NLP. O swoim wyszkoleniu wojskowym również nie omieszkał nie wspomnieć, czy to po to aby wzbudzać dodatkowy respekt (przyp. lęk), czy też po prostu była to chęć bycia szczerym. To bez znaczenia, gdyż z mojej strony słuchawki to ja czułem, że mogę wpłynąć na niego i tą wrogość, lub pogardę którą pokazywał w stosunku do wielu (czarnoskórzy, chazarzy, żydzi) będę może umiał pomóc mu zamienić na szczere otwarcie na świat i ludzi. Z perspektywy czasu uważam, iż owszem było to naiwne, tym nie mniej nie postąpiłbym teraz inaczej.

O tym, że Marcin pracował dla żandarmerii wojskowej, że dzięki swojemu sprytowi umiał się odciąć od tamtejszych koneksji, o swoich licznych przygodach w wojsku, gdzie pełnił wysokie funkcje mówił często z rubaszną lekkością i sentymentem. Nie omieszkał tym samym zaznaczyć, że w każdej swojej interakcji w przeszłości to on był górą i zawsze w konfrontacji wychodził zwycięsko. Dużo opowiadał też o tym w jaki sposób potraktował swojego biznes partnera, z którym przestały mu się układać stosunki i który bardzo dotkliwie został przez niego potraktowanym. Oczywistym się stało, że jego celem nie jest tylko przekazanie historyjki, ale tak naprawdę ukrytej wiadomości, w której zaszczepia odbiorcy informację o tym w jaki sposób lepiej z nim być na pokojowej stopie. Innymi słowy podporządkować się.

Opowiadając o swoich umiejętnościach niejednokrotnie wspominał (również publicznie) o tym iż aktywnie udziela się w tzw. „astralu” (nie fizyczny wymiar naszej rzeczywistości), w którym skutecznie umie wpływać na innych. Jego historie dotyczyły głównie niewinnych interakcji, w których udowadniał innym iż takie super moce faktycznie istnieją, jak również że on je opanował w stopniu do najmniej biegłym. Wiedza z zakresu tej tematyki sięga daleko poza wiedzę powszechną w naszej kolektywnej świadomości i ciągle jest tematem poniekąd tabu. Brakuje dowodów na to, iż działanie w tych przestrzeniach może się przekładać na faktyczne efekty w naszej rzeczywistości, tym niemniej nie brakuje tych którzy są amatorami astralnych projekcji oraz nie brakuje tych, którzy poczuli się zaatakowani przez różne energie, byty i istoty poruszające się w tamtej warstwie naszej rzeczywiści.

Dodatkowo Marcin wiele mówił o projekcie OSDome – Open Source Dome. Tutaj też trzeba się zatrzymać na chwilę. Bo było to przedstawione przez niego niczym objawienie przez wyższe formy świadomości, z którymi ma kontakt. Nie trzymał tego w tajemnicy i o tym, że kontaktuje się z kimś podczas swoich stanów medytacyjnych mówił w miarę często. Przy tym nazywał swój kontakt „istotką”, nigdy nie mówiąc o niej nic więcej. Około półtora roku później, gdy wspólnie przygotowywaliśmy projekt OSDome na kampanię Kickstarter, zadzwonił do mnie mówiąc (uwaga!) że ma wrażenie iż właśnie przed chwilą był obecny na pokładzie statku kosmicznego, gdzie składał jakieś zeznania swoim zwierzchnikom. Niestety niż mógł podać szczegółów, bo ma wrażenie że mu je wykasowano z głowy.

Marcin zawsze (oprócz końcowej naszej komunikacji) odnosił się do mnie z kulturą i przez większość trwania naszej znajomości był super miły i uczynny. Gdyby nie to, że na dzisiaj uważam, iż jego działanie było wynikiem wyrachowanej i starannie przemyślanej manipulacji (i którą używa wobec innych wokół siebie) to nigdy bym nie napisał na niego złego słowa. Tym bardziej, iż zostałbym oceniony przez naszych wspólnych przyjaciół i znajomych z zewnątrz, za wyjątkowo podły brak lojalności.

Ale wracając do początków naszej znajomości to Marcin szybko zaczął do mnie mówić “bracie”. Byłem szczęśliwy i poniekąd dumny z takiego rozwoju wydarzeń. Szczęśliwy byłem, gdyż moja perspektywa budowania wizji przyszłości, z całą grupą wspaniałych nowo poznanych ludzi została wzmocniona poprzez obecność Marcina. Bretarianizm, świadomi, kopuły… Niczym w bajce.

Dumny byłem również, gdyż dzięki tej znajomości mogłem lepiej zauważyć swoje cechy, nad którymi niewątpliwie chciałbym popracować. Życiowa pewność siebie Marcina pozwalała mi czuć się pewniej w towarzystwie, na spotkaniach, przed kamerami itp. Dzięki temu przebiłem się przez moją nieśmiałość i sam zacząłem wypuszczać swoje pierwsze materiały w Internecie. Odwaga Marcina do mówienia wprost o trudnych społecznych kwestiach, wiedza z różnych dziedzin, artystyczne nietuzinkowe podejście, szarmancki humor – oj tak, robiło to wielkie wrażenie. Działając z taką postacią, czułem, że wspólnie możemy zajść bardzo daleko. Na moje zaproszenie, Marcin wziął udział w kilku spotkaniach Świadomi Londyn. Na jednym, a być może na dwóch zabrał głos jako wykładowca i mówił o pranie jak i o domach kopułowych.

W swojej narracji też często powtarzał, iż w nowo budowanym społeczeństwie nie powinno być liderów, gdyż tym można „uciąć głowę” wówczas całe społeczeństwo pozostaje bez wcześniejszego kierunku. W kontekście tego, iż po wielu wydarzeniach późniejszego czasu sam stał się jedynym, autorytarnym głosem decyzyjnym w projekcie Ariowie, ten jaskrawo pokazuje iż takie przedstawienie jego wizji było całkowitą hipokryzją jak i zarazem wabikiem do przyciągnięcia innych.

Pierwsze działania
Któregoś dnia Marcin zaprosił mnie do restauracji we Wschodnim Londynie, w celu omówienia czegoś ważnego. Miał podekscytowany głos i po krótkiej rozmowie wywnioskowałem, że chce przedstawić jakąś ideę-projekt. Już wcześniej przeczuwałem, że z czymś takim wystąpi. Zapytałem czy będziemy sami, on powiedział, że będzie tam ktoś jeszcze. Zaproponowałem wówczas, że przybędę z kilkoma innymi druhami i na spotkanie zaprosiłem jeszcze Pawła R. (Pablo)., Edwards Ś. (Edi). Jacka J. (Jacek). oraz Tomasza C. (Tomasz Comasz). Wszystkich czterech poznałem dzięki spotkaniom Świadomi Londyn. To było pierwsze spotkanie Ariów, chociaż na tamten czas takiej nazwy nie mieliśmy.

Spotkaliśmy się we włoskiej restauracji Carluccio’s we wschodnim Londynie – Canary Wharf. To był koniec roku 2015. Na spotkanie przybyło nas siedmiu. Oprócz ww czterech mężczyzn, przybyłem ja (Ari), Marcin K. (Pol), oraz przyprowadzony przez Marcina Piotr C. (Piotras). Marcin wspomniał przy wszystkich, że cieszy się szczególnie, że ja się pojawiłem. Prawda jest taka, że z perspektywy czasu mogę napisać, iż okazjonalne faworyzowanie mnie jako jego “prawą rękę”, było zamierzoną manipulacją i działaniem obliczonym na wiele praktycznych korzyści. Nie chciałem tego zauważać – tak jak wspomniałem wcześniej, postanowiłem puścić moją sceptyczność na korzyść rozwoju wypadków, postanawiając aby rzeczy toczyły się swoim tokiem naturalnie.

Parę tygodni wcześniej poznałem osobiście Ediego i Pawła. Paweł był (i do dzisiaj jest) zapalonym fascynatem kąpieli w dźwiękach przy użyciu gongów i mis tybetańskich. Natomiast Edi dał się poznać jako historyk i badacz kultury Słowian. Cóż za niesamowita postać i z tego względu, że Marcin również wykazywał wielkie zainteresowanie w stosunku do tych samych tematów, postanowiłem panów poznać ze sobą. Edi już w tamtym czasie mówił o powołaniu do życia rozgłośni radiowej i zaczynał prowadzenie swojego kanału na YT. Poprosiłem Ediego aby skontaktował się z Marcinem i zasugerowałem ewentualną współpracę. Edi jednak pamięta to inaczej, mówiąc o tym iż Paweł poznał go z Polem – to taki może nieistotny szczegół.

W Carllucios Marcin ostentacyjnie położył dłoń na stół i w przeciągu kilku minut wyjawił nam swój pomysł. Chodziło o powołanie do życia stowarzyszenia, ruchu, który miałby stać się synonimem odrodzenia świadomości przy zachowaniu mocnego utożsamienia z naszą słowiańską kulturą. To było tak piękne jak i zarazem abstrakcyjne, gdyż wydawało się, że Marcin oznajmia konkretne punkty, jakby podążał wobec jakiegoś proceduralnego podręcznika. Przy czym nie używał słów typu: “Moglibyśmy, lub proponuję abyśmy zrobili… “ ale “Zrobimy, to będzie, stworzymy..” Nie było przestrzeni na poddanie tego w dyskusję, ale od razu stało się narzuconą matrycą.

Jednak cieszyliśmy się. Do tamtej pory dzięki spotkaniom na Świadomi Londyn, Marcin zdołał sobie wypracować pozycję, dzięki której większość jego pomysłów została przyjęta z otwartością. Jego argumenty miały sens dla umysłu i odwoływały się do naszej dumy jako polaków – Po Lachów.

Ja miałem swoje wątpliwości i nie omieszkałem o nich nie wspomnieć. Po pierwsze i najbardziej zastanawiające było to, iż relacje w nowej grupie były bardzo płytkie. Większość z przybyłych poznała się w momencie spotkania i zapytałem się w jaki sposób mamy stworzyć organizację, która stawia sobie tak ambitne cele, nie mając nawet trochę wspólnego rozpoznania tego kto jest kim. Hipotetycznie wystarczyłoby że jeden z nas będzie agentem i wówczas „mamy pozamiatane”. Dałem tam na przykład Piotrasa, którego do dzisiaj bardzo lubię i szanuję, jednak na tamten czas nie miałem okazji z nim znać się osobiście, więc oczywistym stało się dla mnie postawienie takiej wątpliwości.

W odpowiedzi od Marcina usłyszeliśmy słowa, że będziemy się weryfikować na bieżąco i z pewnością jacyś odpadną z czasem. Nikt więcej nie miał obiekcji. Co do Piotrasa, który na ten moment mówi, że nie pamięta skąd zna Marcina, to wiem że oboje, chociaż osobno, występowali w Porozmawiajmy.tv jako eksperci w swoich dziedzinach. Piotras w sprawach związanych z prawem morskim, Marcin – domy kopułowe oraz bretarianizm.

Na pierwszym spotkaniu ustaliliśmy, że musimy napisać własną wewnętrzną konstytucję, która będzie nas spajać ideowo i da nam konkretny kierunek działania. Omówiliśmy również spójność „marki”, aby pokazać że jesteśmy zintegrowanym ruchem i że będziemy utożsamiani z jakością i wysokimi, uniwersalnymi wartościami. Marcin zaproponował, aby koncept Kopuły Lechickiej stał się również symbolem odrodzenia. Było to przyjęte przez nas z dużym entuzjazmem. Rozpoczęła się praca nad logo, które tak naprawdę było pozyskanym plikiem przez internet – znaczek Sadhany, z odpowiednio dobranym kolorem tła oraz dopisanym drukowanymi literami słowem ARIOWIE. Nic wielkiego ani autorskiego. Tutaj w podziale obowiązków wyznaczyliśmy Jacka J. aby dopracował logo, przy czym on tego nie zrobił. Uważam jednak, że nie była to jego wina gdyż instrukcje były nieczytelne a Jacek został postawiony przed tym zadaniem tylko dlatego, że każdy miał się czymś zająć i dla niego nie było konkretnych zadań. Tym samym niewywiązanie się jego z tej czynności, mogło w późniejszym etapie być użyte jako pretekst aby wyeliminować go z naszej grupy. To miało miejsce niedługo po tym jak Jacek został wyznaczonym do tego zadania. O tym więcej w późniejszej części.

Idąc dalej – wiedza Marcina odnośnie kruczków prawnych w kontekście mandatów, kar, i wszelkiego rodzaju pseudo-umów pochodzenia systemowego, miała stać się wartością dodaną do naszego ruchu, dzięki czemu nowo zaproszeni do działania Suwereni, mieliby być szkolonymi w tematyce tzw Aikido Matrixa. Ostatecznie wszystkim się to bardzo podobało. Ustaliliśmy, że będziemy spotykać się co tydzień w soboty i tak zrobiliśmy.

Po powrocie z pierwszego spotkania zabrałem się natychmiast do pisania konstytucji. Próbkę przedstawiłem na drugim spotkaniu i początek pierwszego akapitu brzmiał „Jesteśmy zmianą, na którą czekał Świat”. Hasło „Jesteśmy zmianą” wydało się być bardzo chwytliwe – do dzisiaj widnieje na głównej stronie portalu Ariowie.com

Podczas następnego spotkania (ponownie Canary Wharf) zapytałem czy nie wydaje się nikomu dziwne, że spotykamy się w siedmiu i tak naprawdę nikt nawet nie wspomniał, że są to sami mężczyźni. W odpowiedzi – tym razem nie tylko od Marcina ale z tego co pamiętam i od paru innych, usłyszeliśmy że jeśli dołączymy kobiety to zrobi się zbyt duże zamieszanie i że mężczyźni i tak reprezentują kobiety jak i całą swoją i rodzinę. Nie miałem wystarczająco przebicia aby to zmienić, ale wracałem do wątku jeszcze parę razy przypominając, że obecny patriarchalny system w świecie się nie sprawdził i mam podejrzenia że nowo powołana grupa stanie się ligą dżentelmenów, która bez kobiecego punktu widzenia nie uzyska 100% potencjału. W moim mniemaniu stało się dokładnie tak jak mi podpowiadały przeczucia.

Jednak nie chciałbym aby moje wątpliwości zostały odebrane, jako bym miał podejście malkontenta i sceptyka. Cała idea wydawała się bardziej niż słuszna i dawała nam poczucie wiary i sensu działania. Wręcz wielokrotnie musiałem się szczypać w rękę sprawdzając czy mi się przypadkiem nie śni jakiś kolorowy sen – tak wiele nadziei zaczęło się kumulować wokół tej inicjatywy. Dodatkowo, okazało się (przynajmniej tak mówił Marcin), że projektem domów kopułowych interesuje się rząd Chin, gdyż ktoś dzwonił do niego i zaproponował spotkanie jak i obiecał, że może się ono zakończyć bardzo dochodową propozycją współpracy. To brzmiało bardzo abstrakcyjnie, wraz z opowiadaniami Marcina, że śledzony był przez chińczyków przez parę tygodni. Jednakowoż tych informacji nie można było zweryfikować. Dzisiaj uważam iż było to kłamstwo jakich dopuścił się wielokrotnie w trakcie naszej znajomości.

Nasze cotygodniowe, sobotnie spotkania wiązały się z wyrzeczeniami i różnego rodzaju wyzwaniami. Edi, który mieszkał ponad 2h jazdy od Londynu, ponosił spore koszty z tytułu transportu. Dla mnie również oznaczały koszta i brak możliwości zarabiania w tych dniach. Na tamten czas byłem po zamknięciu swojej firmy remontowej i zajmowałem się dorywczymi pracami jako złota rączka. Dodatkowo robiłem terapie Kambo – zabiegi pochodzące z Ameryki Południowej, w bliski sposób powiązane z szamańskimi tradycjami, które stały mi się wyjątkowo bliskie w 2014-16 roku. Cieszyłem się bardzo dobrze mogąc pomagać ludziom i był to dla mnie duży krok w stronę mojej większych ambicji – prowadzenia pełnych ceremonii w duchu medycyny z Amazonii. To było dla mnie nowe życie i bardzo się cieszyłem, że mogłem pożegnać wcześniejszą – bardzo męczącą i stresującą pracę we własnej firmie budowlanej.

Tymczasem chyba na czwartym spotkaniu nazwa Ariowie przyległa na dobre. Kto ją wymyślił tego nie wiem, chyba Edi. Wiem że przewijały się różne propozycje i w pewnym momencie powiedzieliśmy, że Ariowie brzmi ładnie a za samą nazwą kryje się ciekawa kulturowa historia, która prosi się o wydobycie na światło dzienne. W tym samym mniej więcej czasie, Edi i Marcin nakręcili wspólny odcinek o historii Sławian i można było rzec, iż zaczęliśmy umacniać nasz historyczno-kulturowy korzeń.

Marcin dosyć często nawiązał do opowieści o nazistach, i tego iż wielu ludzi pomimo całego zła które oni wyrządzili, to wspomina ich styl i to, że umieli się dobrze ubrać. Ta część wizerunkowa wydawała się dla niego bardzo ważna i wielokrotnie nawiązywał do tego – zdecydowanie można była wyczuć jego fascynację tą tematyką.

Wiosna 2016 rozpoczęliśmy szerszą kampanię Ariowie. Każdy z nas miał wystąpić w krótkim filmiku promującym ideę ruchu. W moim nagraniu nie omieszkałem wspomnieć o tym, iż potrzeba jednoczenia narodu powinna odbywać się na poziomie serca. Było (i ciągle jest) to kluczowe w moim rozumieniu, bo o ile fizyka kwantowa już daje nam wiele odpowiedzi w kontekście faktycznej korelacji pomiędzy sercem i umysłem, to tak naprawdę, wielu ludzi rozumie tego typu przekaz w sposób naturalny. Filmik był przyjęty bardzo pozytywnie, jednakże na ten moment jest sprywatyzowany przez właściciela kanału.

Równolegle w tle toczyły się nasze rozmowy telefoniczne, które trwały całymi godzinami. Prześcigaliśmy się w pomysłach i nawzajem opowiadaliśmy sobie o ideach, naprzemiennie rozmawiając o przeszłości, jak i planach na przyszłość. Bardzo dużo mówiłem o pracy szamańskiej i moich przekonaniach o tym, jak ważne są właściwie stosowane enteogeny w uzdrawianiu traum, depresji jak i tym że stanowią zupełnie niedocenioną dziedzinę w rozwoju naszej indywidualnej jak i kolektywnej świadomości. Marcin z kolei mówił wiele o pranie (bretarianizmie), o której też chciałem wiele wiedzieć. Doszło pomiędzy nami do zakładu – umowy dżentelmeńskiej, że jeśli on się napije Ayahuaski (święta roślina z amazońskiej dżungli), wówczas ja pojadę z nim na organizowany przez niego obóz praniczny. Zgodziłem się.

W tym okresie opowiadałem Marcinowi o tym, czym jest dla mnie prawdziwe przebudzenie, i że nie ma to wiele wspólnego z walką z korporacjami i z tym, że rządy i system jest po to aby nas wykorzystywać. Tak naprawdę, w mojej ocenie chodzi o to aby każdy z nas połączył się ze swoją duszą a jest to możliwe między innymi na skutek zliniowania naszych czakr i otwarcia serca. Tym samym nastąpi otwarcie czakry korony, dającej dostęp do innych wymiarów rzeczywistości i połączenia z tak zwaną kroniką akashy. Jak kolwiek abstrakcyjnie to może brzmieć to są na to dowody, publikacje i wiele badań naukowych, które coraz więcej występują w nurtach głównego przekazu. Na tym się skupiałem i z tego powodu zacząłem tworzyć później wypady ceremonialne, na których Marcin często bywał i z nich korzystał. Changa i psylocybina również. Na Ayahuasce był też i korzystał z tej medycyny. Nie podam lokalizacji i daty, na wypadek jeśli by ktoś węszył od strony prawa morskiego, tym samym Marcin wypił tylko jeden kubek uznając, że wcześniejsza umowa dotrzymana.

Pewnego dnia pojechałem do niego w celu przeprowadzenia wywiadu na temat Szamanizmu. Ta rozmowa pojawiła się na kanale Pol Lechicki na YouTube i w krótkim czasie zdobyła wiele wyświetleń i dobrych recenzji. Marcin wiele wysiłku włożył, aby ten wywiad zaistniał, jednak po rozpadzie naszych wspólnych działań – jesień 2018, filmik (jak i kilka innych naszych wspólnych nagrań) został „sprywatyzowany” na jego kanale i ślad po nim zaginął.

W momencie jak nasze wspólne działania zostały zakończone, moje szamańskie ambicje uznał za niebezpieczne dla społeczeństwa fanaberie, mnie za niebezpiecznego i w emailu pożegnalnym nie omieszkał o tym wspomnieć jak również zagrozić tym, iż ujawni moją działalność jak i wszystkich, którzy bywali na takich sesjach. Nie wspomniał przy tym, że musiałby również siebie wpisać na tą listę.

Wiosna 2016 to też czas zazębiania współpracy w naszej grupie jak i moment w którym mieliśmy złożyć oficjalną „przysięgę”. Treść do pobrania w osobnym pliku. W miejscu poza Londynem pod Maidstone spotkaliśmy się, jednak w drodze na spotkanie Jacek miał problemy techniczne. Na autostradzie zapalił mu się silnik. Mówi, że było to bardzo dziwne i zapytał czy byśmy go jakoś nie podratowali. Proponowałem aby na niego poczekać, jednak tym samym usłyszałem od Marcina komentarz, że widocznie miało go tam nie być. To było dziwne, gdyż spodziewałem się większej lojalności po naszej grupie, jednak uznano że Jacek nie wywiązał się innych obowiązków więc może po prostu ma się wykruszyć naturalnie. I tym sposobem odpadł pierwszy z pierwotnej grupy. Później rozmawiałem jeszcze parę razy z Jackiem, aby złagodzić jego poczucie odrzucenia. Miał słuszność w swoim komentarzu, mówiąc że jeśli w takich momentach nie ma współpracy to on wątpi, że ta grupa daleko zajdzie – chociaż dobrze nam życzy bo idea jest przednia. To było smutne rozstanie ale trzeba było pójść dalej. Z Jackiem mam do dzisiaj dobry, chociaż sporadyczny kontakt.

Drugim, który odłączył od grupy był Tomek. Stało się tak pod wpływem nowo poznanej partnerki Ewy. Para poznała się na spotkaniach Świadomi Londyn i Tomek po paru tygodniach oznajmił iż ta relacja dla niego stanie się teraz priorytetem. W moim przypuszczeniu jego partnerka wyczuła intuicyjnie aby się nie angażował w działania w Ariach, prawdopodobnie ze względu na podobne podejrzenia jakie miałem i ja. Na tyle wówczas znałem Ewę, że zakładam iż było to bardzo prawdopodobne, ale może warto aby oni się wypowiedzieli sami w tym temacie.

Nasza wspólna działalność skupiła się na utworzeniu fundacji i zarejestrowaniu jej w UK. Nie do przecenienia stała się praca jaką wówczas włożył Piotras, który spędził wiele czasu rozpisując memorandum i przygotowując dokumentu dla Companies House (urząd w UK). Tym samym Piotras się przepalił i z dnia na dzień zrezygnował z kontynuowania wspólnej działalności. Osobiście rozumiałem jego powody do wycofania się – był bardzo klarowny w przedstawianiu ich, tym niemniej bardzo dziwił fakt, że decyzję podjął praktycznie bez ostrzeżenia – z dnia na dzień. W efekcie, na tamten czas fundacja nie powstała.

W tym samym mniej więcej czasie zacząłem się bardziej przyjaźnić z Pawłem, który często robił koncerty na misach i gongach. To były wspaniałe klimaty. Pewnego dnia Paweł podzielił się ze mną swoimi obawami w kontekście Marcina. Powiedział, że idea Ariów jest wspaniała i bardzo z nim rezonuje, ale Marcin zbyt mocno „wchodzi w hejt” (mowę nienawistną). Chodziło tutaj głównie o przekazy emitowane z kanału Pol Lechicki, w których Marcin szkalował Żydów chazarskich, korporacje, kościół katolicki i różne inne instytucje. Dodatkowo Paweł, po wizycie w domu u Marcina zwrócił uwagę, że brakuje tam jakiejkolwiek „energii duchowej”. Mieszkanie było jakby opustoszałe z rekwizytów typu mandale, kryształy, świeczki i czuć było, że nigdy nie oczyszczano przestrzeni poprzez zapalenie tzw palo santo. Sam osobiście na tamten czas nie chciałem widzieć w tym nic podejrzanego.

Jednak co do you-tubowej narracji Marcina to ciężko było się nie zgodzić z Pawłem. Tak naprawdę kontrowersyjne przekonania Marcina w moim odczuciu, jak i wielu innych stały się magnesem przyciągającym wielotysięczną ilości subskrybentów jego kanału i zwolenników konfrontacyjnej metodyki działania przeciwko systemowi. Z drugiej strony ta metoda odpychała wielu innych, którzy widzieli (i ciągle widzą w nim) podżegacza, jątrzyciela i fałszywego proroka.

Jeśli chodzi o mnie to przyznam, że wówczas widziałem w nim po trochu obu ☯️. Z jednej strony Marcin stał się dla mnie starszym Bratem, którego nigdy nie miałem. Tak jak pisałem wcześniej, większość czasu był dla mnie miły i bardzo wspierający. Na jakimś poziomie nasza znajomość uzupełniała tą wartość, której sam w sobie może nie widziałem. Dodatkowo jego filozofia mocno wpłynęła na mnie na tamten czas sam stałem się poplecznikiem jego Idei. Nawet napisałem wiersz mający na celu być częścią naszego arsenału do walki z chanukowym rządem. Nigdy tego wiersza nie opublikowałem w Internecie, gdyż moje sumienie mi nie pozwoliło – może jakaś wyższa świadomość nad tym czuwała.

Jeśli ktoś zapyta jakie ma znaczenie kim dla mnie jest / był Marcin – liczą się fakty i konkrety a nie prywatne wyznania. Więc tutaj nakieruję wątek na to, że nie uzewnętrzniam się z tym dla ekshibicjonistycznej przyjemności, ale uważam że dynamika interakcji jakie zachodziły między mną i Marcinem są bardzo ważne i dla uważnego widza z pewnością dadzą szansę na rozpoznanie drugiego dna tej do tej pory nie opowiedzianej historii.

Dlatego nie powinno dziwić, że w logo grafiki Pola Lechickiego zawarty jest znak Jin-Yang. Ten święty symbol został jednak przekręcony do poziomu i kolor czarny został zastąpiony amarantowym. Piękna praca nad wizerunkiem, podobnie jak swastyka nazistów również została pożyczona i przekręcona. Tak i tutaj zabieg dokonany przez Marcina, uważam za świadome przekierowanie uwagi na jego działalność medialną i społeczną, zarazem pokazując że nasz bohater jest mistrzem dualizmu. Tym samym odbiorców swojego przekazu jak i ludzi z najbliższego otoczenia potrafi wprowadzić swoiste rozbicie i wewnętrzny zamęt. Dzisiaj to rozumiem znacznie lepiej niż wtedy i tym samym chciałbym aby z niniejszego orzeczenia wynikało jasno co mam na myśli.

Na jednym ze wspólnych wypraw do Polski, Marcin zaproponował mi abyśmy razem założyli firmę, która zajmie się sprzedażą domów Kopuły Lechickiej. To był początek działalności OSDome, chociaż początki nie miały nic wspólnego z działalnością remontowo-budowlaną w UK, która później doprowadziła mnie do wielu finansowych tarapatów. Tym samym zaproponował, abym wraz z nim stanowił trzon zarządu Ariów, jako nierozerwalny rdzeń decyzyjny, który będzie współdziałał bez względu na to jakie okoliczności zewnętrzne i kadrowe zmiany miałyby mieć miejsce. Ta propozycja Marcina była poza ustaleniami z grupą, która i tak się coraz bardziej kurczyła.

Do tamtej pory mieliśmy kolejne odejścia z projektu. Pomimo tego, że ja osobiście robiłem co mogłem aby utrzymać super relacje i efektywność działania to z grupy odszedł również Edi. W swoim zeznaniu opisał co faktycznie stało za jego decyzją.

Tym samym przystałem na propozycję Marcina. Czy się ucieszyłem? Tak, oczywiście – ta część mnie, która szukała rozpoznania, sukcesu, może i chwały była dumna i przyjęła to z radością. Zarazem miał miejsce wewnętrzny proces, w którym do tamtej pory miałem wiele powodów aby przeczuwać iż pod płaszczykiem pięknych jasnych wizji i słów czai się coś nieopisanego i ciemnego. Jednak z tego tytułu, że do tamtej pory, minęło wiele miesięcy wspólnej pracy nad ideą złapałem się jej jeszcze mocniej, wręcz kurczowo. Przysięgając sobie tym samym, że nie pozwolę na to aby Ariowie stali się ruchem oporu, ukierunkowanym na walkę i konfrontację z system a prawdziwą inicjatywą integracji i głębokiego, duchowego renesansu.

W 2017 wraz z Pawłem – ostatnim przede mną, który wyszedł z pierwotnej grupy Ariów pojechaliśmy do Polski w celu poznania inwestora z Dolnego Śląska. Był to opiekun wielu hektarów ziemi w Polsce, bardzo sympatyczny przedsiębiorca rolnik, który zainteresował się naszym projektem pierwszej wioski Lechickiej Solaris. Na skutek tego, iż do Polski w aucie Pawła mógł się zmieścić oprócz kierowcy tylko jeden z nas, ustaliliśmy iż wraz z Pawłem będzie podróżował Marcin a ja polecę samolotem. Wówczas to (co wywnioskowałem później) nastąpiło wykreślenie Ediego, który na skutek” niedogadania” się z Marcinem i Pawłem nie udał się do Polski.

Było można wyczuć, że Marcin toleruje Ediego bardziej z konieczności, niż z jakiejś faktycznej sympatii. Wg niego Edi zbyt wiele marudził, zawsze miał finansowe problemy i wprowadzał w grupie sporo zamętu. Co do pewnych rzeczy mógłbym się na tamten czas zgodzić – sam wysłałem raz do Ediego film, w którym prosiłem aby wziął pewne porady pod uwagę. Tym niemniej nie można zaprzeczyć, iż Edward dawał bardzo dużo prawdziwości i wiedzy odnośnie kultury Słowian, obecnej sytuacji politycznej jak i wielu innych praktycznych obszarów. Na ten moment przypuszczam, iż Marcin czuł się zagrożony Edim, twardo ustającym przy swoich planach powołania rozgłośni radiowej i powoli budującym lojalnych odbiorców jego kanału. Tym samym uważam, iż podejrzenia Ediego o to, iż specjalnie został wystawiony aby nie jechać do Polski na spotkanie z inwestorem są uzasadnione.

Do tego czasu relacja między mną i Marcinem stała się bardzo wielopoziomowa. Jego wpływ na mnie był olbrzymi, ale zarazem wierzyłem w to, iż ja również na niego mam wpływ i moja wola zaszczepienia mu większej wyrozumiałości wobec wszystkich znajdzie miejsce w jego świadomości. Może przypominało to coś na zasadzie relacji pomiędzy sercem a rozumem. Miałoby to sporo sensu, chociaż dla tego kto kieruje się tylko umysłem w swoim życiu być może moje działanie było całkowicie bez sensu.

Po powrocie z naszego pierwszego pobytu w Polsce, z projektu wycofał się Paweł. Swojej decyzji nie musiał tłumaczyć mi – już wcześniej przecież wspominał o wątpliwościach jakie pojawiały się u niego. Tym samym sytuacja z odejściem Ediego również na niego wpłynęła. Z jakiegoś powodu dwaj wcześniej przyjaciele, tym razem weszli na wojenną ścieżkę.

Ale szliśmy dalej. Ja wiedziałem, że nie popuszczę i Ariowie powstaną. Nie sposób opisać wielości interakcji, rozmów i doświadczeń tamtego czasu. Rejestracja fundacji, praca nad makietą kopuły, spotkania Ariów, Pierwsza Wioska Lechicka Solaris, kampania crowdfundingowa Kickstarter, maile, konferencje telefony. Trzeba przy tym napisać iż wszelkie nasze trudy odbywały się w ciągłym akompaniamencie braku wystarczających środków finansowych na efektywne działanie. Wspólne medytacje nad obfitością, wymienianie pomysłów na przyciąganie finansów, jak nawet wspólne kursy zaradności finansowej jakie wraz z Marcinem zaliczyliśmy swego czasu, dawały rezultaty ale nie wystarczające aby „z kopyta” zaskoczyć z Ariami. Było to wyczerpujące z energii, bardzo zniechęcające.

Marcin na tamten czas mieszkał w Bishop Stratford, wraz z ówczesną małżonką W. oraz córką A. Gdy poznałem Marcina i W., okazało się, że to małżeństwo jest w trakcie rozwodu. Marcin wówczas nie pracował, większość czasu spędzając w domu. Według historii, z którą mnie zapoznał to nie musiał pracować na tamten czas, gdyż żył z odszkodowania jakie zostało mu wypłacone z tytułu wypadku jaki miał na motorze dwa lata wcześniej, i co w rezultacie dało mu wielomiesięczną wolność finansową. Tym niemniej wielokrotnie goszcząc u Marcina dawało się wyczuć napiętą atmosferę i kilka miesięcy później, gdy zaznajomiłem się nieco bardziej z W, usłyszałem że jest ona zawiedziona Marcinem i tym, że tak naprawdę uważa, że jego misja tylko po części jest prawdziwa, ale w drugiej części stanowi wymówkę do jego lenistwa i wygodnickiego stylu życia. Mówiła iż czuje, że to jest niesprawiedliwe, że ona musi pracować a jej mąż pod przykrywką ważniejszych spraw korzysta z owoców jej pracy. Zawsze jednak wtedy stawałem za Marcinem, zapewniając ją jak ważną rolę on robi. Tutaj jest mi bardzo przykro to pisać, bo strzegłem tego przez ponad dwa lata i tego, że W. powiedziała mi to w zaufaniu. Prawda jest taka, że wielokrotnie zapewniała mnie o miłości do swojego męża i nie wchodziłbym w prywatne sprawy rodzinne, gdyby nie to że ten wątek ma wyjątkowo ważny wydźwięk.

Kontynuując naszą wizję Ariów, staraliśmy się równolegle promować domy kopułowe koncepcji Marcina. To w zasadzie stało się naszym głównym punktem zaczepienia i skupiliśmy na tym naszą energię. Podjąłem się wówczas zadania, które mnie przerosło – chodziło o zbudowanie makiety Kopuły Lechickiej. Zrobione 70% okazało się o wiele prostsze niż pozostałe 30%, które przerosło mnie technicznie – chodzi o przeszkloną część – wyjątkowo wymagającą w kontekście technicznym. Niestety brakowało środków finansowych na delegowanie tego zadania. Ja szczerze się przyznałem, że nie wiedziałem jak to skończyć. Makieta poszła na bok – do skończenia w najbliższym czasie, który nie nastał.

Niezmiennie w większości przypadków nasze wspólne wyzwania sprowadzały się do braku finansów. Nie przeszkadzało to nam jednak w kultywowaniu poczucia, że przecież robimy coś wielkiego i ważnego i w końcu nadejdzie ten dzień, w którym wszystko się odwróci. W natłoku zdarzeń i pędzie wyzwań nie umieliśmy jednak zauważyć, iż na naszej liście rzeczy do załatwienia pierwszym punktem powinno być szczera rozmowa odnośnie fundamentalnych kwestii w jakich się rozmijaliśmy. Marcin wierzył w militarną, pionową strukturę i można było zauważyć, że jest to bezpośrednio związane z jego przeszłością. Ja wierzyłem w stworzenie „organicznego” społeczeństwa, w którym nie będzie dyskredytowania jednostki, ale świadome wzmacnianie słabych ogniw w celu tworzenia większej spójności w tworzonej społeczności.

Zamiecione pod dywan najistotniejsze kwestie nie miały wypłynąć aż do jesieni 2018.

Kwiecień 2016 – pierwszy praniczny wyjazd pod dewizą Marcina. Było sympatycznie. Dużo przyrody, oczyszczanie, soki i niejedzenie. Wszystko rozpoczęliśmy od wspólnego zabiegu Kambo. Dzięki Pranie mogłem widzieć w Marcinie ten aspekt łagodnej duchowości, który zazwyczaj nie był tak bardzo wyraźny. Coraz bardziej widziałem w nim przyjaciela, kompana jak i zarazem wodza naszej powoli rosnącej ekipy zainteresowanych projektem Ariowie. Na tamten czas decydowałem się mu ufać w 100% i nawet widząc, że cały promowany styl „życia pranicznego” to w większości teoria to ponownie umiałem sobie powiedzieć, że przecież nikt nie jest idealny. Nie chciałem akceptować scenariusza, że się mylę w moich ocenach, gdyż oznaczałoby to że gigantyczna ilość energii włożonej do tamtej pory miałaby zostać zmarnowana. Wcześniejszy głos mówiący o moich podejrzeniach został wygodnie wyparty i tym samym komfortowo nasza znajomość się unormowała.

Wspólnie kręciliśmy filmy promujące domy kopułowe, wypady praniczne, których do momentu końca naszej współpracy było razem 3. Tak, trochę w tej glorii mogliśmy wejść w buty pionierów nowych trendów – duchowe ego u mnie rosło. Może to widziałem, ale nie widziałem w tym aż tak dużo złego. Jednego byłem pewien, iż moja intencja jest czysta i biorąc udział w tej niezwykłej przygodzie wcześniej czy później również moje marzenia, jak i marzenia wielu innych staną się rzeczywistością.

OSDOme – kampania Kickstarter
Jesień 2016 – to miał być czas przełomu. Miało się tak stać na skutek wypuszczenia projektu OSDome w postaci kampanii crowdfundingowej. Do dzisiaj jestem w pewnym szoku, iż tak dziwnie potoczyła się ta kampania.

Mieliśmy wspólną strategię, nad którą pracowaliśmy jeszcze na samym początku Ariów. W ostatniej chwili Marcin zaproponował aby podnieść ilość funduszu o jaki się staramy z około £50k – 100k do zupełnie nierealistycznego £888.000. Zaufałem, że jest to dobra propozycja i później żałowałem. Podobnie było ze zmienionym w ostatniej chwili scenariuszem. Niestety byłem na tyle układny, że przystałem na te zmiany. Nie wydaje mi się, iż ten kamikadze zabieg Marcina miał na celu dywersję projektu, ale w dniu dzisiejszym pewności nie mam.

Trzeba wspomnieć iż na uwagę zasługuje wyjątkowo „podrasowana” postać Marcina, który na niektórych ujęciach naszego Promo Clipu, świecił się niczym żarówka. Na innych już tego efektu nie było. Wiem, że Marcin miał umiejętności operowania filtrami cyfrowymi, na dzień dzisiejszy uważam i użył tego efektu aby podprogowo informować ludzi, jakoby by był postacią oświeconą. Technicznie by się zgadzało, ale to w niechybnie sztuczne światło.

Nad przygotowaniem kampanii pracowaliśmy wspólnie dniem i nocą. Zaczęliśmy od zarejestrowania firmy w UK – OSDome. Na tamten moment w składzie byłem tylko ja i Marcin działając w UK, a w Polsce działał również mój dobry znajomy Szymon T, który jako architekt i wielki fan domów kopułowych został również zaproszony do udziału w powstającym przedsięwzięciu. Przy kampanii dodatkowo zaangażowaliśmy kilku moich przyjaciół – głównie w celu promowania jej poprzez media społecznościowe. Zarządzałem tą grupą osobiście i pomimo wielu nieprzespanych nocy i bardzo intensywnych paru tygodni, rezultaty były bardziej niż mizerne. Przypuszczam, że pomimo tego że koncept budził spore zainteresowanie to próg funduszu w wysokości 888K skutecznie powodował efekt szybkiego wycofania ewentualnej chęci wspierania tej inicjatywy. Marcin się zdawał jednak tym nie przejmować, mówiąc że to się nie liczy – ważne jest iż dzięki kickstarterowi zdobędziemy większy marketing oraz cenne doświadczenie.

Pomimo tego, że zaangażowaliśmy w działanie wszystkie nasze siły Kickstarter okazał się fiaskiem nie osiągając nawet 5% wytyczonego pułapu. Mój Tato pisał do całej swojej rodziny, angażując każdego. Podobnie nasi przyjaciele, rodziny. Jednak i to było na nic…

A że oboje z Marcinem byliśmy uparci to o wycofaniu się z naszej wielkiej inicjatywy mowy nie było i tym samym nasze pozytywne podejście nie zagasło. Niczym bracia Wright szliśmy dalej, przecież oczywistym było, że wielkie rzeczy łatwo nie przychodzą. Nawet sam wspomniałem kiedyś, może tym samym pocieszając się, że gdy jest ciężko to dobrze bo wzrasta wartość osiąganego celu. Nie wiem, czy tym samym nie prowokowałem losu, dlatego też później zmieniłem swoje nastawianie. Tym niemniej Marcin nie omieszkał mi w późniejszym czasie wypomnieć tego zdania.

Zima 2016/2017 była ciężkim okresem – niewątpliwie kickstarterowe fiasko dawało się we znaki. Ale nie dawaliśmy po sobie poznać, robiąc dobrą minę do złej gry. Funduszy na projekt OSDome nie było. W tym czasie postanowiłem przenieść się do zachodniej Anglii, wspomóc mojego przyjaciela Roberta, który nagrał jakiś nieduży kontrakt budowlany, a że on sam miał pewne problemy osobiste to postanowiłem, że mu przy okazji pomogę. Z Marcinem utrzymywałem ciągły kontakt i zimę wzięliśmy trochę na przeczekanie, aby na wiosnę ponownie ruszyć z projektem. Pomimo tego, że nie było łatwo to czułem że wszystko się ułoży i wysiłki zostaną w końcu nagrodzone. Marcin pracował nad „aspektami projektu” z domu. Jednak tak naprawdę większość czasu poświęcał z tego co mi się wydaje swojemu kanałowi Pol Lechicki, jak i wpisom na swoim starym koncie na Facebooku, które już dawno nie istnieje.

W okolicach zimy praca nad budowaniem społeczności Ariów zwolniła. Ja wówczas spędziłem sporo czasu szukając najbardziej ekonomicznie i ekologicznie mądrego rozwiązania na rozpoczęcie prefabrykacji elementów Kopuły Lechickiej. Wówczas to pojawił się w mojej głowie pomysł, lub bardziej przesłanie mówiące o tym, że Kopuła Lechicka powinna zostać zmodyfikowana w taki sposób, aby mogła stać się domem-kapsułą ewakuacyjną na wypadek powodzi. Ten nietuzinkowy pomysł wydał się (ido dzisiaj się wydaje) naszemu architektowi Szymonowi bardzo trafiony, ale zdecydowanie nie podobał się Marcinowi. Tym niemniej miałem wyjątkowo dobre przeczucia i przemyślenia względem takiej zmiany więc postanowiłem że dołożę wszelkich starań aby Marcin jeszcze raz się temu przyjrzał i rozważył tą koncepcję. Przyjechałem więc do niego, osobiście do domu i przedłożyłem mu wizję. Wiązała się ona nieodłącznie z ważnymi zmianami w kontekście architektonicznym, jak i również główną zmianą miał się stać rynek na jaki ten produkt miałby trafić. Tym niemniej, od początku zaznaczałem, że naszym produktem nie będą w tym wypadku fizyczne domy, a sama koncepcja która – jeśli wdrożona właściwie – mogłaby stać się rozwiązaniem dla milionów ludzi mieszkających w strefach przybrzeżnych zagrożonych powodziami. Jednak Marcin konsekwentnie obstawał przy tym, iż nie powinniśmy takiej zmiany wprowadzać.

Stanąłem przed ciężkim wyborem, gdyż spędziłem trochę czasu nad tą alternatywną wersją domu kopułowego. W tym samym czasie mój Ojciec wspomniał, że skoro mamy takie problemy z wdrażaniem naszego projektu, to on być może mógłby jakoś pomóc finansowo i zaciągnąć pożyczkę w banku na kwotę (kwota nieujawniona w dokumencie) Z początku nie chciałem o tym słyszeć – unikałem jak mogłem takich zadłużeń i tym samym zignorowałem tą propozycję. Jednak sprawy cały czas nam się nie układały, wiedziałem iż Marcin miał sporo zaległości finansowych i do tej pory kilka razy rozmawiałem z jego żoną, wiedząc że mają dług u ich znajomych. Ciśnienie rosło i bardzo negatywnie wpływało na naszą kreatywność.

Gdy mój Tato wspomniał po raz drugi o możliwości zaciągnięcia kredytu, sam przez chwilę pomyślałem o tym iż byłby to dobrze wydany pieniądz, który mógłbym wykorzystać na lepsze rozplanowanie koncepcji domu ewakuacyjnego i zainwestowania w profesjonalnego architekta. Jednak zarzuciłem szybko ten pomysł i zdecydowałem, że pomogę Marcinowi w jego ciężkiej sytuacji. Po kilku telefonach i kontakcie z bankiem uzyskaliśmy środki. Marcin otrzymał £x.000 przelane na jego konto. Z tego co wiem, natychmiast 70% tych pieniędzy poszło na oddanie do jego przyjaciółki a pozostałe zostały wydane w krótkim czasie.

Wówczas używałem whattsapp i dżentelmeńska umowa jaką podpisaliśmy została przesłana w formie zdjęcia na whattsapp zrobionego przez Marcina. Niestety tamtego konta whattsapp już nie posiadam, jednakowoż Marcin nie zaprzecza jakoby doszło do takowej pożyczki. Wynika to z komunikacji jaką sporadycznie utrzymywał w późniejszych latach z moim Ojcem. Poza tym ja nawet nie chciałem zakładać scenariusza iż miałoby nam się nie udać i Marcin mógłby mieć problemy ze spłatą. Wierzyłem w projekt ciągle praktycznie obsesyjnie i lojalnie trzymałem się naszych wcześniejszych ustaleń. Tym samym moją koncepcję z „domem ewakuacyjnym” odstawiłem całkowicie.

Pierwsza Wioska Lechicka Solaris
Przyszła Wiosna 2017 – dla nas oznaczało to, iż idea Pierwszej Wioski Lechickiej Solaris – samowystarczalnej osady – może zacząć być realizowaną. Do realizacji jeszcze chyba w zimie 2016 zaprosiłem mojego dobrego znajomego Szymona T. – architekta. Wraz z nim pojechaliśmy oglądać 40h ziemi pod miejscowością Piła, która została nam zaoferowana przez wcześniej wymienionego zaprzyjaźnionego przedsiębiorcę. Wizyta w Polsce dała nam sporo pozytywnej energii i wspólne marzenie o budowie samowystarczalnej enklawy zaczęło się realizować.

Szymon był bardzo pomocny, ale zarazem sceptyczny co do niektórych części naszego planu. Tym niemniej zdobyliśmy tzw plan miejscowy, Szymon stworzył architektoniczną wersję rysunków kopuły wraz z przekrojami oraz przedstawił urbanistyczne rozplanowanie wioski. Dodatkowo dzięki niemu pojawił się pierwszy chętny na zakup. Jednak wraz z Marcinem nie dostarczyliśmy na czas oferty sprzedaży, która byłaby poparta szczegółowym kosztorysem. Stało się tak na skutek tego, iż do samego końca nie mogliśmy podjąć ostatecznej decyzji w kwestii materiału jaki wykorzystamy do budowy ścian. Moje wielogodzinne rozmowy z konstruktorem kopuł (Emilian M.) dały tylko częściową gwarancję, że rozważane metody będą wystarczające aby dać gwarancję. Złamanie umów pod kątem niedostarczenia domu spełniającego obiecywane parametry nie wchodziło w rachubę. Tym samym utknęliśmy w martwym punkcie.

Ilość wyzwań związanych rozpoczęciem ekowioski stała się dla nas przeszkodą nie do obejścia. Teraz z perspektywy czasu rozumiem to o wiele lepiej i nie jestem zdziwionym, że projekt upadł. Zbyt wiele mierzyliśmy sił na zamiary, brakowało finansów, inżynieryjne zaplecze praktycznie nie istniało, pozostawiając jedynie fasadę w Internecie w postaci Marcina, który wszelkimi sposobami przekonywał swoich subskrybentów, że projekt powstanie bez względu na wszystko. Ja temu wtórowałem jak umiałem i przy pomocy Facebooka i wrzucanych cyklicznie postów, utrzymywałem zainteresowanie projektem.

W ramach składania do całości różnych części tej układanki, Szymon miał za zadanie przełożyć konceptualną wersję kopuły, na taką, która będzie technicznie możliwa do zamieszkania. Udało mu się stworzyć architektoniczną wersję, z pełnymi rzutami. Przez pierwsze miesiące naszego wspólnego promowania projektu zdążyłem ochłonąć z inicjalnego zachwytu i wówczas pojawiły się moje wątpliwości. Marcin o nich wiedział, kilkukrotnie mu o nich mówiłem. Było ich parę, jednak ta najpoważniejsza dotyczyła przeszklonej części w której miała się znaleźć tak zwana akwaponika. Wątpliwości dotyczyły przede wszystkim zasadności wprowadzania tak drogiego rozwiązania, które będzie miało znikomy wpływ na samowystarczalność takiego gospodarstwa. Po wyliczeniu ilości potencjalnie produkowanych owoców i warzyw z uprawy akwaponicznej zastosowanej w Kopule Lechickiej okazywało się, że będzie ona tylko w znikomym stopniu mogła suplementować całoroczne zapotrzebowanie na żywność gospodarstwa.

Przebywając w Polsce wraz z Marcinem byłem świadkiem rozmów i negocjacji prowadzonych z potencjalnymi inwestorami. Dopiero wtedy usłyszałem do jakiego stopnia Marcin umie koloryzować i wymyślać fakty na poczekaniu. Robił to z wyjątkową gracją i pewnością siebie. Mówił o setkach zamówień na domy, o tym jakie mamy wspaniałe technologie i rozwiązania. Po jednym z takich spotkań zderzył się z bezpośrednią krytyką Szymona, który bardzo stanowczo przedstawił swój punkt widzenia i wyprosił sobie aby go wciągać ponownie w takie sytuacje bez wcześniejszej jego zgody na negocjacyjne, nieczyste taktyki. Wtedy też zobaczyłem do jakiego stopnia ja jestem pod wpływem naszej Idei oraz sugestywności Marcina. W fundamencie zaufania jaki i tak był niezbyt mocny, pojawiło się spore pęknięcie. Zarazem widziałem jak sprawy zaszły daleko i do jakiego stopnia wybudowaliśmy wspólny wizerunek oraz dużą ilość nadziei wśród odbiorców Idei. Wewnątrz u mnie rozpoczęła się cicha walka, która miała trwać jeszcze długi czas.

Na skutek trudności oraz tego co w ocenie Szymona było brakiem wystarczającej kontroli, komunikacji i wykonywania decyzji, z mojej i Marcina strony, Szymon zdecydował się odejść od współpracy. Czy będzie chciał sporządzić orzeczenie w tej sprawie tego nie wiem. Być może Szymon też obawiał się powzięcia odpowiedzialności za proponowane rozwiązania, które były nowatorskie i nie było gwarancji, że domy staną się sukcesem. Tym samym odbiegł od tematu OSDome skupiając swoją działalność na mniejszych kopułach, budowanych jako monolityczne budynki wylewane przy użyciu form i pianobetonu.

Wówczas Marcin zaproponował, że zatrudnimy innego architekta i będzie to ktoś, kto współgra z ideą Ariów. Spośród paru możliwych kandydatów skupiliśmy się na Krzysztofie K. z Łodzi. Jednak już po pierwszej rozmowie, zacząłem zauważać iż Marcin bardzo terytorialnie przedstawia projekt, bez otwartości na konstruktywną krytykę jaka pojawiła się ze strony nowopoznanego architekta. Ponownie zauważyłem, iż priorytetem Marcina jest uzyskanie całkowitej kontroli i decyzyjności we wszystkich relacjach jakie buduje z ludźmi. Z pewnością działo się tak w OSDome, gdzie dzięki konsekwentnemu “urabianiu” mnie, miał praktycznie 100% wpływ co do podejmowanych działań. To zabawne jak można sobie wytłumaczyć zachowanie kogoś, gdy jest się pod silnym wpływem. Przykro to pisać ale granica pomiędzy mną jako lojalnym „Brachem”, który będzie stał za swoim przyjacielem chociażby nie wiadomo co, a zmanipulowanym i omamionym przybocznym pachołkiem, który jest na ten moment potrzebny zaczęła się zacierać. Ja oczywiście chciałem widzieć w sobie to pierwsze, a Marcin starannie podsycał taki właśnie wizerunek naszej relacji – przecież znał mnie bardzo dobrze. Tym samym to co zauważali ludzie, wyglądało jak na owocną relację przyjacielksko-partnerską – jednak to by była tylko powierzchowna interpretacja.

Jeśli chodzi o Krzysztofa K. to ponownie – tak jak miało to miejsce we wcześniejszych relacjach, podjąłem rolę mediatora. Ciągle bardzo mi zależało na tym, aby projekt Domów Kopułowychwioski Solaris faktycznie doszedł do skutku. Może zależało mi aż za bardzo, do tego stopnia iż nie chciałem zauważać jak sytuacja powoli mnie przerasta, staje się coraz trudniejsza i napięta. Jednak reprezentując OSDome jak i Ariów nigdy nie omieszkałem aby powiedzieć nawet pół złego słowa na temat Marcina. Wręcz przeciwnie, bardzo często broniłem go przed krytyką, która pojawiała się wśród ludzi z otoczenia. Przecież przyjaciele „trzymają sztamę” a tym bardziej, iż byliśmy biznes partnerami to nie mogłem dopuścić się złamania naszych wewnętrznych ustaleń i umów, podkopując partnera z którym prowadzę przedsięwzięcie mojego życia.

Co do Krzysztofa K. to negocjacje upadły gdyż brakowało zgodności w kwestiach związanych z podziałem przyszłych zysków OSDome

Sytuacje materialna w naszej firmie była bardzo ciężka, pomimo zastrzyku gotówki który pojawił się od mojego Ojca. Jednak kontynuowaliśmy. Zaczęliśmy robić spotkania Ariów, sam na nich przemawiałem w dwóch przypadkach.

Moja pozycja w sprawie działania w ruchu Ariowie była zawsze jasna. Dbamy o wzrost jednostek, stymulujemy ich do osiągania ich maksymalnego potencjału. Otwieramy się na kreatywnych i dzielnych. Dołączamy, nie wykluczamy. Spędziliśmy wiele godzin na rozmowach, gdzie przedkładałem Marcinowi moją wizję społeczeństwa i tego w jaki sposób w moim odczuciu i rozumieniu, wzrost osobisty i duchowy powinien stać u fundamentów naszej aktywności. Sam organizowałem sesje poza granicami Anglii, gdzie w przyrodzie z dala od zgiełku i wrzawy miejskiej mogliśmy pracować z enteogenami. Tak jak zaświadczyłem wcześniej Marcin bywał na takich spotkaniach. Wielu z moich przyjaciół, którzy do dzisiaj utrzymują ze mną kontakt pamiętają ten czas. Myślę, że niejeden i nie dwóch zaświadczy o tym, że są wdzięczni za pracę, którą wówczas na takich spotkaniach wykonali.

Dodatkowo priorytetem w moim odczuciu było postawienie na artystów, którzy tą samą informację mogli przekazać o wiele dalej niż najlepiej opowiedziane filmiki na YT. Do dzisiaj wierzę, że dobrze przygotowane teledyski, humor, mantry, muzyka są wstanie przekazać ideę o wiele trwalej i głębiej.

Także każdy na swój sposób kontynuował wdrażanie swojej wizji wśród pojawiających się, nowych członków ruchu. Idea nabierała rozpędu i to pomagało rekompensować momenty, w których było naprawdę pod górkę.

Pewnego dnia gdy byłem w Polsce zadzwonił do mnie Marcin za szczerą wolą namówienia mnie do tego, abym ponownie zaczął brać kontrakty budowlane w Londynie, które miałyby stać się dla nas finansowym wsparciem w tych bardzo trudnych momentach. Odmówiłem początkowo i byłem w tym stanowczy. Jednak poczułem presję Marcina, wręcz postawienie sytuacji na ostrzu noża. Nie mamy wyjścia – albo wejdziemy w taką działalność, albo możemy sprzedać OSDome. Czy Marcin faktycznie chciał sprzedać OSDome tego nie wiem, chociaż wielokrotnie zapewniał mnie o tym, że pojawiają się jacyś tajemniczy inwestorzy, na początku byli Chińczycy, którzy szybko zniknęli z radaru, a w późniejszym czasie jakiś pojedynczy inwestor z jakiejś egzotycznej narodowości chciał nabyć prawo do całego projektu. Ja się jednak zapierałem, że w budowlankę ponownie nie wejdę. Moje argumenty nie wydawały się jednak istotne. Marcin dobrze wiedział, że moja wcześniejsza działalność jako budowlańca nie należała do zbyt udanych. Wielokrotnie mówiłem mu, iż uwolnienie się z mojej wcześniejszej działalności jako budowlaniec było dla mnie gigantyczną ulgą. Praca na budowie przestała ze mną rezonować już w 2015 i od tej pory robiłem wszystko, co mogłem aby się tym nie zajmować.

Jednak misja wymaga poświęceń, czyż nie?
Dodatkowo, wiedziałem że Marcin ma teraz dług u mojego Ojca i jeśli ja coś nie wymyślę to tak naprawdę nie wiadomym jest kiedy i czy w ogóle dojdzie do spłaty jego zadłużenia. Na pytanie czemu Marcin sam nie pójdzie do pracy nie umiałbym stwierdzić jednoznacznie. „Szlachta nie pracuje” wydaje się właściwym określeniem, ale niepotrzebnie uszczypliwym. Może wystarczającym wyjaśnieniem było to, iż Marcin jest frontmanem naszej Idei i w jego gestii leży promowanie jej aby dołączali nowi chętni. Na tamten czas już rozmawialiśmy o tym jak powinien funkcjonować portal internetowy, składki i dotacje, wewnętrzna waluta, komunikator, wymiana barterowa. Jednak ja byłem na zapleczu, a Marcin od frontu.

Ostatecznie co do decyzji powrotu do budowlanki uległem. Umówiłem się z Marcinem, że ja będę działał na froncie, zarządzał ludźmi, pracował fizycznie, wyceniał kontrakty a Marcin zajmie się zapleczem. Fundamentalny problem polegał na tym, że nie miał on ŻADNYCH umiejętności budowlanych. Jego pojęcie o tym temacie było czysto teoretyczne a i tam widniały wielkie luki. Oboje nie cierpieliśmy księgowości więc nie mógł zajmować się nadzorem finansowym, projekcją i planowaniem wydatków. Ale musieliśmy coś wymyśleć skoro decyzja już zapadła, że ponownie otwieram firmę. Aby czuć, że jest jakakolwiek równowaga w naszym działaniu, to podsunąłem pomysł aby Marcin zaczął prowadzić rozgłośnie radiową na żywo. To była wg mnie świetna idea, która uważałem iż szybko zintegruje nam rosnące powoli grupy i sprawi, że będziemy wszyscy na tak zwanej “jednej stronie”. Wierzyłem w to, że dzięki temu iż Marcin ma wiele wiedzy o różnych tematach, lubi dyskusje jak i ma dobry gust muzyczny, taka forma promowania Ariów znajdzie najwięcej odbiorców. Pomimo tego, iż Marcin zgadzał się z tym założeniem, to nie rozpoczął takiej działalności, konsekwentnie promując kanał Pol Lechicki. Do niego podpiął patronite, który uruchomił mu finanse. Nigdy nie mówił ani nie pisał jakie miał wpływy na to konto, aczkolwiek domyślam się, że przy rosnącym fanklubie jego przekazów nie były to kwoty nieznaczące.

Firma OSDome Quality Builder
Wraz z rozpoczęciem działania firmy remontowo-budowlanej, zaczęła się spirala problemów.

W trakcie niedługiej kariery firmy OSDome – Quality Builder wykonaliśmy dwa znaczące budowlane kontrakty. Podczas pierwszego, który opiewał na prace związane z odnawianiem wielkiego patio wokół dużej posesji, napotkaliśmy na wiele przeszkód. Były to okoliczności ciężkie do przewidzenia. Wyjątkowo mroźne lub ulewne tygodnie w Londynie, jak i fakt tego, że praktycznie 100% podłoża tamtejszego terenu to była czysta glina, sprawiły że morale jak i wewnętrzne stosunki mocno ucierpiały. Bagno.

Na tamten czas wśród Ariów pojawili się Mirosław M., Robert Ś., Karol T. i Marcin C. Od Marcina C. można się spodziewać osobnego orzeczenia. Pomimo wyjątkowo ciężkich warunków, ciągła praca na mrozie z deszczem, w błocie często po kolana, z grzęznącą wielokrotnie w glinie minikoparką daliśmy radę. Ekipa się sprawdziła i w sumie wszyscy razem ze mną pracowali tam fizycznie. Oprócz Marcina. Kontrakt został wykonany z dobrą jakością i ku wielkiej radości klientów i pomimo 3 tygodniowego opóźnienia. Finansowo okazał się bardzo mało intratnym przedsięwzięciem, tym niemniej pozwolił nam utrzymać się na powierzchni i kontynuować ideę.

W tym mniej więcej czasie poznałem moją byłą partnerkę Natalię M. Jest to o tyle ważne, że od sierpnia 2017 do końca sierpnia 2018 wraz z Marcinem, Natalią i Karolem T. mieszkaliśmy pod jednym dachem. Wtedy to jeszcze lepiej poznałem Marcina i na skutek tego pod koniec lata 2018 dałem mu wypowiedzenie mojej dalszej chęci współpracy finansowej. Był to dla mnie wyjątkowo stresujący czas, pełen wewnętrznej walki i doprowadzający mnie do stanu bliskiemu załamania psychicznego.

W lecie 2017 napisałem email do mojego wieloletniego klienta Iana P. Ian, jest kimś więcej niż klientem, ponieważ znaliśmy się już od roku 2004 i jako właściciel i dzierżawca mieszkania oraz kamienicy w zachodnim Londynie, jak i właściciel sporej wielkości posiadłości w dzielnicy Chiswick w Londynie. Na przestrzeni wielu lat wybudowałem z nim relację opartą nie tylko o profesjonalne wykonywanie kontraktów, ale również o bliską osobistą relację. Można powiedzieć, że stał się bliskim znajomym. W emailu który napisałem, wspomniałem mu o tym, iż mamy z Marcinem nowo powołaną do życia firmę i że ponownie zacząłem świadczyć usługi budowlane. Następnego dnia Ian zadzwonił i wyjaśniłem mu, iż mamy wizję budowania ekowioski w Polsce, że budujemy społeczność i tak naprawdę powróciłem do usług budowlanych głównie dlatego aby móc te wizje wcielić w życie. Przypuszczam, iż dla Iana tego typu sytuacja stała się okazją aby skorzystać i zaproponował mi wycenienie pracy na generalny remont posiadłości wraz z adaptacja poddasza oraz boczną przybudówką. Duży kontrakt. Bardzo się ucieszyłem, zarazem licząc na to iż Marcin zobaczy w tym wartość i również się ucieszy. Po wielu miesiącach finansowej gehenny pojawiła się perspektywa odwrócenia naszej sytuacji. Pojawiło się światło w tunelu.

Niestety zostaliśmy postawieni przed sytuacją, gdzie wartość projektu wyceniona na ponad £185.000 została przez klienta znegocjowana w dół do ok £160K. Niestety dużej alternatywy nie mieliśmy jak faktycznie przystać na taką cenę. Dodatkowo, na skutek tego iż oboje z Marcinem wchodząc w ten kontrakt mieliśmy już finansowe braki, musieliśmy kupić sprzęt budowlany (narzędzia, których ciągle brakowało) jak i opłacić nowo wynajęte mieszkanie.

Jednak pojawiły się długo wyczekiwane pieniądze. Wziąłem się do pracy, wynająłem podwykonawców aby część kontraktu wydelegować profesjonalistom a drugą część bezpośrednio zarządzać samemu. Jednak ze smutkiem zauważyłem, iż Marcin w ogóle się nie pali do powołania rozgłośni radiowej. Zarazem jego wkład w pracę był bardzo ubogi, wręcz znikomy jednak nie omieszkał zaznaczyć, że będzie inkasował £1050 miesięcznie na jego indywidualne potrzeby. Dodatkowo firma (Ja) płaciła wszelkie koszty to jest czynsz, rachunki (prąd, internet, gaz).

Co do prac związanych z OSDOme to Marcin postawił bardzo szybko stronę www, zaprojektował logo i czasami dzwonił w sprawach wynajęcia sprzętu itp. Strona Internetowa była zrobiona według zwykłego szablonu, bardzo prosta i w żaden sposób nie stanowiła wyzwania. Dodatkowo logo, które stworzył było średnie. Jednak warto zwrócić uwagę, że moje propozycje graficzne na logo były konsekwentnie odrzucane, pomimo tego iż innym się podobały. Dopiero później zrozumiałem, że zależało Marcinowi na monopolu w temacie własności intelektualnej. Sprytnie, ale nie dziwi mnie to już dzisiaj.

Co do comiesięcznego płacenia £1050 przystałem na to. Łatwiej było to zrobić niż się sprzeczać. Źle zrobiłem i moja chęć unikania konfrontacji doprowadziła do poważnych reperkusji później. Dodatkowo chciałem tym samym pokazać, że Ja jestem w idei na 100% nie na 50%. Wówczas ciągle chciałem wierzyć, że mogę Marcinowi ufać i że weźmie odpowiedzialność za nasze wspólne finanse w późniejszym czasie. Tłumaczyłem, że wszystko co teraz bierze, musi wrócić do bilansu inaczej nie będzie nas za pół roku stać na dom i jeśli nie dojdzie do uruchomienia jakichś innych środków to niebawem finansowo splajtujemy i wyjdzie totalna klapa a ja zostanę z niedokończonym projektem budowlanym. Niestety dokładnie taki scenariusz się wydarzył.

Marcin cały czas jednak tłumaczył, że jest w stałym kontakcie z nowym inwestorem – tym razem z Francji. Czemu mu wierzyłem? A to między innymi dlatego, że w podobnym czasie rozmawiałem z moim przyjacielem ze Szwecji, Bjornem L., który również znalazł potencjalnie zainteresowanych koncepcją OSDome ale w Zjednoczonych Emiratach Arabskich w Dubaju. Wiele czasu spędzaliśmy na wspólnym przygotowywaniu ofert, pisaniu oficjalnych emaili, omawianiu strategii itp. Dziesiątki godzin bardzo absorbującej pracy. W obu przypadkach nie doszło do wiążących umów.

Żyliśmy więc na kredyt z pieniędzy, które pozyskałem osobiście. Marcin żył z tych pieniędzy i to już drugi raz. Dodatkowo aby kontynuować życie, pracę musiałem kupić podstawowe meble do wynajętego mieszkanka, jak i komputer, którego kupnem zajął się Marcin. Zakupił również mi tableta, koszt tych urządzeń był znaczny, jednak oboje mieliśmy mnóstwo pracy w internecie i były dla nas konieczne. Tym nie mniej nie podobał mi się fakt, że Marcin tych wydatków w ogóle nie skonsultował ze mną.

Co do wydatków to zastanawiającym było, zanim jeszcze rozpoczęliśmy finansową współpracę, skąd Marcina stać na markowe ciuchy, elektroniczne gadżety których jest fanem i wygody innego rodzaju.

Któregoś dnia wróciłem do domu i zastałem zainstalowany do ściany wielki telewizor plazmowy, który zakupił również bez konsultacji, przekonując iż będzie to bardzo ważne gdy będziemy tworzyć mapę myśli, rozpisywać strategie i taktykę związaną z Ariami i OSDome. Wcześniej miała być do tego celu zakupiona zwyczajna tablica whiteboard. Dodatkowo zainstalował to niepoprawnie i po kilku dniach wspornik zaczął wyrywać kołki ze ściany.

Mogłem oczywiście kazać mu oddać ten telewizor. Warty był on z tego co pamiętam ponad £2000 jednak nie zrobiłem tego z kilku przyczyn, główną było to, że TV był kupiony uszkodzony i sklep się pozbył go warunkowo – bez możliwości oddania – tak przynajmniej twierdził Marcin. Tym samym mój Ex partner zapewniał, że załatwi eksperta który TV naprawi a potem będzie można sprzedać go ze sporym zyskiem. Miało to sens, ale coraz bardziej przeczuwałem, że Marcin mnie okłamuje. Do tej pory sygnałów było już nader dużo i wiedziałem, że mam do czynienia z manipulatorem, jednak nie wiedziałem jakiej skali jest to manipulacja. O ile sam rozumiałem, iż za finansowe reperkusje będące wynikiem działania Marcina (i mojej naiwności też) będę ponosił konsekwencje osobiście, to największym problemem stało się to iż Marcinowi zwyczajnie nie można było ufać. Jeśli jego poziom przebiegłości jest tak wyrafinowany, aż strach był pomyśleć co będzie się działo gdy osiągnie zamierzone cele i do swojej dyspozycji będzie miał całą rzeszę wyznawców i fanów gotowych iść za nim w ciemno. A taka rzesza powoli w tle powstawała, sam przecież do niedawna byłem wiernym wyznawcą Pola Lechickiego.

W 2017 poznałem Marcina C. vel Bizon. Bizon do dzisiaj jest lojalnym przyjacielem, którego autentyczność została poddana wielu próbom i okolicznościom weryfikującym. Jego obecność w tym zeznaniu jest o tyle ważna, że był stałym gościem u nas w mieszkaniu w Zachodnim Londynie, sam poznał Marcina osobiście i początkowo, tak jak i ja, był nim bardzo pozytywnie oczarowanym. Jednak Marcin zaczął podkopywać Bizona i robił to z wyjątkową perfidią. Dzisiaj rozumiem, że czuł się zagrożonym gdyż w obu przypadkach mamy do czynienia z osobowościami o bardzo silnym charakterze, przy czym Bizona zawsze interesowała prawda i bycie honorowym. Jestem zdania, że w większości przypadków wychodziło mu to bardzo dobrze. Jednak na skutek tego, iż sam borykał się z osobistymi kwestiami, nie zdołał spełnić pewnych oczekiwań Marcina – dotyczyło to zakupu wieńca na pomnik polskich lotników w Londynie. Tym samym dało to Marcinowi pożywkę aby marginalizować Bizona i skutecznie go oczerniać przed wieloma innymi Ariami z naszego grona.

Mój wewnętrzny konflikt narastał a to był dopiero początek. Jest wiele osobistych wątków, których teraz nie poruszę, gdyż zaangażowana jest w nie moja była partnerka, która również została poszkodowana i są to kwestie intymne, więc chociaż w tych sprawach pozwolę sobie na odrobinę prywatności.

 

Są również tacy, którzy zaangażowali się wówczas w pomoc niesienia wizji Ariowie i z Polski dawali wsparcie poprzez grupy na komunikatorze Telegram. Zostali zaproszeni do projektu i bardzo się z nimi zaprzyjaźniłem. Będąc w Polsce dano mi do zrozumienia, iż Marcin nie jest godnym zaufania człowiekiem i że moje obawy, iż jestem wmanipulowany w jego sieć, są jak najbardziej podstawne. Było to w okolicach końca lipca 2018. Są to osoby, które w późniejszym czasie ucierpiały na skutek energetycznych, nocnych ataków, tym niemniej pomimo tego, że pojawiły się dowody na to, iż w ataki zaangażowany był Marcin, to poprosili o zachowanie całkowitej poufności i prywatności.

Do tych ludzi należy również Natalia, która cierpiała wówczas na przypadłość objawiającą się między innymi nagłymi zmianami emocjonalnego nastroju. W okresie, w którym zamieszkiwaliśmy wspólnie pod jednym dachem, wielokrotnie wspominała, że ma wrażenie, iż w nocy odczuwa czyjąś obecność i bardzo negatywny wpływ. Na jesień 2018 Marcin i Natalia wymienili ze sobą kilka emaili. Zobaczyłem je dopiero niedawno. W tej komunikacji w stronę Natalii skierował dużą ilość oszczerstw i wyjątkowo ciemnych wyrzutów. Nie czuję się z tym dobrze, gdyż swego czasu broniłem Marcina przed oceną Natalii, która wielokrotnie dawała mi znać, że mam do czynienia z zaawansowanym intrygantem i manipulatorem, który mnie wykorzystuje.

Widząc coraz więcej wyzwań, będąc świadkiem bardzo negatywnego wpływu Marcina na moją byłą partnerkę, rozumiejąc bardzo niekorzystny przyszły horyzont zdarzeń zacząłem szukać wyjścia z sytuacji. Dodatkowo okazało się, że Marcin poza moimi plecami zarejestrował fundację – Aris Foundation, do której mnie nie zaprosił. Ta fundacja, miała się stać podmiotem w UK, który by inkasował wpływ w postaci dotacji od wspierających nasze ugrupowanie. Tłumaczenia Marcina dlaczego mnie tam nie ma były dziwne i pokrętne – zaufanie topniało w gigantycznym tempie, czułem się idiotycznie. Przez to, że nie chciałem się przed sobą przyznać, że tak naprawdę zostałem wykorzystany, to trzymałem się jeszcze naszych ustaleń przez kolejne tygodnie.

Jednak w wyniku tego stwierdziłem, że powołam do życia mój projekt Nadziemna TV. Niestety zbyt wielka ilość pracy, stresów i obowiązków związanych z prowadzeniem firmy budowlanej doprowadziło do tego, iż projekt Nadziemna TV musiałem uśpić. Później Marcin kupił domenę, adres nadziemna.tv. – moją prośbę o uzyskanie hasła do logowania zignorował. Było to w 2018 kiedy nastąpiło jego odejście.

Do tego czasu, wraz z Marcinem byłem na 3 procesach pranicznych i zauważyłem, że jest specjalistą w robieniu wokół siebie super PRu i mistycznej otoczki. Właśnie ta tajemniczość zdawała się przyciągać określony rodzaj ludzi do Ariów. Z jakiegoś powodu Ci, którzy mieli mocny duchowy kręgosłup oraz wysokie poczucie wartości trzymali się z daleka. Co prawda nikt na procesach pranicznych nie przeszedł na odżywianie światłem, tak jak jest to reklamowane, ale to się widocznie nie liczyło. Prana zamieniła się w pranie mózgu i indoktrynację.

Chce przy okazji ponownie zaznaczyć, że z pewnością dopuściłem się w tamtym okresie pewnych niedopatrzeń w kontekście prowadzenia działalności budowlanej. Jest to bardzo wymagająca dziedzina, z wysokim współczynnikiem możliwych ludzkich pomyłek. Miałem wówczas o tyle ciężko, że jeśli bym spędził 100% możliwego czasu na budowie, to zasadniczo byłoby możliwym iż część z późniejszych reperkusji można by było uniknąć. Jednak wciąż chciałem rozwijać swoje pasje i tyle ile mogłem czasu poświęcić na warsztaty, prace z grupami i ceremoniami. Tak jak wspomniałem we wcześniejszych akapitach, tego typu praca wydawała mi się jednym z ważniejszych sposobów integrowania grupy i rozwoju osobistego.

Jednego razu podczas niedużej ceremonii w Londynie, pod wpływem Amanita Muscaria miałem bardzo mocny wgląd w to, iż Marcin jest szkolonym żołnierzem i wszelkie jego działania są obliczone na ograniczenie i inwigilowanie innych działaczy – między innymi i moje. Pod wpływem emocji i w geście rozpaczy zrobiłem coś niewiarygodnego. Poprosiłem Marcina aby zakończył moje życie…

Tak, faktycznie powiedziałem to, był przy tym Karol T. Później Marcin mi to przypomniał w swojej korespondencji, jednak zapominając o tym iż stwierdzenia składane podczas pracy z enteogenami nie powinny być uważane jako faktyczne zdanie kogoś kto z nimi pracuje. Każdy kto ma tylko trochę pojęcia o tych rzeczach to wie. Ilość przepływającej przez człowieka energii, różne istoty astralne mogą wpływać też bardzo mocno na wizje oraz reakcje uczestnika ceremonii.

Kilka godzin po tym incydencie, gdy czułem się znacznie lepiej zdecydowałem wyjechać z Londynu. To był przełomowy moment w moim życiu, w którym zrozumiałem iż „partnerska relacja” z Marcinem to najprawdopodobniej iluzja. Wyjechałem wówczas w okolice Birmingham aby spotkać się z moją partnerką. Mojej spontanicznej decyzji nie konsultowałem z Marcinem. Nie czułem że muszę. W końcu on robił co chciał i się nie tłumaczył. W trakcie wyjazdu zepsuło się auto. Naprawa wyniosła ok £400. Całe szczęście ze względu na to, iż znałem mechanika osobiście udało mi się ten koszt rozbić na wielomiesięczne raty, bez odsetek. Niestety z tytułu tego, że auto zepsuło się daleko od Londynu, a naprawa zajęła kilka dni musiałem pozostać w miejscu naprawy. Mając jednak biznes partnera w Londynie, liczyłem na to iż będzie w stanie zorganizować podstawowe chociaż kwestie takie jak dostawy materiałów. Marcin jednak nie zrobił wówczas wiele aby zareagować na sytuację – w zasadzie z tego co pamiętam nic nie zrobił. Jednak mój wyjazd był dla niego o tyle wygodny, iż nie omieszkał później tego skojarzyć z całkowitym upadkiem firmy, jakoby było to powodem jej rozpadu.

Będąc z dala od Londynu mogłem przyjąć zdrowszą perspektywę i bardzo z tego skorzystałem psychicznie, gdyż wewnętrznie byłem w coraz większej wojnie. Dopiero wówczas zacząłem zauważać jak wiele poświęcenia i energii wymaga ode mnie znajomość z Marcinem jak i cała ta chora sytuacja. Moje wcześniejsze przekonania, że będę mógł wpłynąć na mojego Ex partnera zostały zastąpione obawą, iż nie tylko on wykorzystuje i manipuluje mną jak i innymi, ale że prawdopodobnie moją ewentualną chęć obnażenia go, wykorzysta przeciwko mnie, dyskredytując wszystko co powiem lub o czym orzeknę. Czy się bałem osobiście o siebie? Nie tak bardzo, ale bałem się o między innymi o moją partnerkę jak również o to, że odbiorcy idei Ariowie, dostaną bardzo przykry przekaz i tym samym wszystko co wybudowaliśmy runie w pył.

Sytuacja na froncie budowlanym była równie trudna, niezmiennie jednak był progres i pomimo tego, że przy końcowych etapach prac ponownie pula finansowa była na wykończeniu w pobliżu pojawili się prawdziwi przyjaciele niosący pomoc. W pracę zaangażowali się Ariowie Robert Ś, Karol T., Marcin C., Miras M. a na końcu bardzo pomagał Adam H. Pomoc Karola i Adama była nie do przecenienia, gdyż Karol zrzekł się pieniędzy, jedyne czego potrzebował to dach nad głową i wyżywienie. Przyjęliśmy go i tak naprawdę przez wiele miesięcy mieszkał u nas pod jednym dachem. Adam z kolei przy końcowych etapach remontu również pracował wiele godzin wiedząc iż sytuacja jest niezwykle ciężka i tym samy zrzekając się swojej należności. W wielu momentach Marcin C. okazał się prawdziwie lojalnym przyjacielem i oddanym wizji Ariów, wspiera mnie do dzisiaj jako bliski przyjaciel i wielokrotnie pomagał przy wykończeniowych pracach za darmo. Marcin K. nie przyłożył ręki do pracy fizycznej nawet przez godzinę podczas tego projektu. Nie wiele mogę też napisać o tym co faktycznie dla firmy zrobił w tamtym czasie. Nie mogę, bo tak naprawdę nie zrobił praktycznie nic. Owszem jednak jeśli chodzi o OSDomeKopuły, to wielokrotnie słyszałem ściemę, że wielki inwestor ponownie chce nabyć projekt za setki tysięcy funtów. Nie muszę pisać chyba czy wierzyłem w te opowiadania na tamten moment. Fakt pozostaje jednak taki – Marcin nie zarobił dla OSDOme pieniędzy żadnych.

Aby ukończyć kontrakt u mojego klienta Iana, musieliśmy wziąć od niego kredyt. Ian potraktował nas wyjątkowo łagodnie i tym samym zgodził się na to, aby ostateczną sumę kredytu zamknąć w £30K, która później urosła do £33.000. Przy czym Ian nie dociekał, że gdyby skrupulatnie policzyć tą kwotę to byłaby ona wyższa. Dla niego był to też trudny czas, gdyż mieszkał w posiadłości podczas tego wielkiego projektu budowlanego. Niewiele może mówił, bo wierzę że ostatecznie zrobił dobry interes gdyż posiadłość została wyremontowana w wysokim standardzie i na ten moment jest warta grubo ponad milion funtów. Do dzisiaj jestem w bardzo dobrych relacjach z Ianem, kontrakt honorowo ukończyłem a pieniądze, które ciągle byłem dłużny spłacałem poprzez wykonywanie wielu innych prac budowlanych na przestrzeni lat 2019-2020. Jestem pewien, że w w razie potrzeby Ian jest w stanie złożyć osobne oświadczenie, w którym wszystko potwierdzi. No chyba, że ktoś mu złoży wizytę w astralu.

Na kilka miesięcy przed zakończeniem kontraktu u Iana – zdaje się, że wiosna 2018 Marcin zaczął szukać innego miejsca do zamieszkania – stała się nim Hiszpania. Przesiedlenie się do Hiszpanii lub Portugalii było tematem naszych rozmów wielokrotnie, nawet podczas pierwszych spotkań Ariów. Korzystając ze środków firmowych Marcin wyjechał do Hiszpanii w poszukiwaniu super terenu na przesiedlenie się. Dodatkowo miał spotkać się we Francji w celu podpisania umowy z inwestorem „pewniakiem” we Francji – nawet tego nie komentowałem…

Po powrocie z Hiszpanii Marcin oznajmił, że zakochał się w kobiecie i że wybranką jego jest Lilia K. nasza wspólna znajoma z jednego z wyjazdów na pranę w Devon. To było bardzo dziwne ale historia skutecznie odwróciła uwagę od kolejnych rozmów w sprawie OSDOme, które przy negocjacjach z Francuzami zakończyły się niepowodzeniem. Po paru tygodniach związku z Lili, Marcin przyznał że ma gigantyczny kryzys w swojej relacji i rzekomo Lili ma wielką awersję do mężczyzn, tym samym „projektuje” ją na niego. Tak mówił, chociaż ja z nią o tym nie rozmawiałem. Ten kryzys doprowadził do bardzo przykrych interakcji, o których dowiedziałem się z ust trzecich, nie będę wchodził w szczegóły – być może kiedyś ta ciemna historia zobaczy światło dzienne i Ci, którzy ją znają znajdą odwagę aby się tym podzielić.

Na tamten czas ledwo trzymałem wszystko do kupy. Musiałem się upewnić, że projekt budowlany u Iana idzie do przodu, zarazem patowa sytuacja z Ariami i finansami powodowała olbrzymie rozproszenie, stres i zamęt. Dodatkowo doszedł fakt, że musimy dać wypowiedzenie na mieszkanie, gdyż jasnym stawało się że nie będzie nas za klika miesięcy na nie stać. Na tamtą chwilę wsparcie Karola T. Natalii – mojej byłej partnerki oraz Marcina C. było ponownie nie do przecenienia.

Na kilka dni przed zdaniem mieszkania do agencji, Marcin wyjechał zostawiając wszystkie meble i nie przykładając ponownie nawet chwili swojego czasu aby upewnić się iż mieszkanie jest zdane prawidłowo, czyste, odmalowane i będzie możliwym odzyskanie depozytu. Całe sprzątanie, reperacje, eksmisja jego rzeczy została na mojej, Karola i Natalii głowie. Tym niemniej wkładając gigantyczną ilość wysiłku, czasu zdaliśmy ten lokal i odzyskaliśmy pełną zaliczkę. W tym samym momencie, przelałem mu równą połowę depozytu. Byłem ekstremalnie wycieńczony fizycznie i psychicznie, w żaden sposób nie gotowy aby poddać kwestionowaniu to rozliczenie – przeważył lęk przed konfrontacją więc w takową się nie zaangażowałem.

Tak naprawdę wyjazd Marcina wówczas to był ostatni moment kiedy go widziałem.

Około tygodnia później wysłał wiadomość na grupie Ariowie Projekt na Telegram, że na skutek swoich prywatnych spraw wycofuje się całkowicie z projektu Ariowie.

To było kłamstwo. Okazało się, że nie tylko Marcin nie wycofał się z projektu, to tak naprawdę w międzyczasie wybudował osobne zaplecze i kontakt z innymi swoimi znajomymi, fanami, którzy stali się inicjatorami nowej grupy, komunikującej się na osobnym komunikatorze. Uważam, że świadomie, z premedytacją przygotowywał się do tego na tygodnie, lub nawet miesiące przed dokonaniem tego przeskoku. Jeśli Marcin mnie nie uwzględnił w swoich planach na skutek tego, iż byłem w jego ocenie niekompetentny, to nigdy nie dał mi nawet najmniejszego sygnału abym tak myślał.

Jeszcze w lipcu 2018 miałem z nim rozmowę, w której poprosiłem go o najszczerszą odpowiedź na jaką może się zdobyć. Zadałem mu wówczas dwa pytania:

Czy jest zadowolony z dotychczasowej współpracy i jeśli nie, to co wg niego powinienem zmienić w swoim postępowaniu, działaniu.

Odpowiedział, że nie ma nic takiego i jest bardzo zadowolony.

W kontekście tego, zadałem drugie pytanie czy w takim razie chce kontynuować współpracę wraz ze mną.

Odpowiedział, że „Tak”.

Ta rozmowa była kluczowa, gdyż w późniejszym czasie, w listopadzie 2018 Marcin przypuścił na mnie frontalny atak emaliowy po tym jak wyprowadził się do Hiszpanii. Jego odpowiedzi były kierowane niewątpliwą złością jaka wytworzyła się na skutek mojego emaila, w którym napisałem, że ma „chorą z nienawiści duszę i że to on jest problemem, a nie rozwiązaniem”.

Dzisiaj żałuję tego co napisałem, pomimo tego że do teraz uważam że taka jest prawda. Jednak nie powinienem był wdawać się w taką prowokację. Zauważyłem, że to jest jego sposób na angażowanie myśli innych, tym samym wpływa to na ich energię, działanie i emocje. To jest ważniejsze niż na pierwszy rzut oka by mogło się wydawać. Lekcja życiowa.

Po Rozłamie

Wszelkie sprawy formalne, nierozliczone kwestie bankowe, fiskalne zostały nietknięte przez Marcina. Musiałem doprowadzić do sfinalizowania ich. Zarejestrowana działalność OSDome została zamknięta, podobnie konta bankowe. Tak jak wcześniej orzekłem, część z finansowego kredytu jaki został nam przydzielony przez mojego klienta Iana, została spłacona. Ian przez wiele miesięcy dopytywał się w jaki sposób mam zamiar rozliczyć pozostałe pieniądze. Niniejszy tekst jest zarazem próbą rozwikłania tej niełatwej sytuacji. Zakładam, iż Marcin może uznać iż dług nie istnieje, gdyż firma upadła, tym samym będąc zarejestrowana jako LTD on nie musi odpowiadać za spłatę zadłużenia.

Sęk w tym, że takie ujęcie sprawy byłoby stosowaniem podwójnego standardu. Mianowicie jako propagator bycia honorowym, zwolennik prawa naturalnego i zobowiązując się do spłaty, naraził na stratę drugą istotę ludzką, kogoś kogo zna i wobec kogo ma zobowiązanie finansowe. Byłoby to tożsame ze złamaniem prawa naturalnego, złamanie ważnej umowy i bycie niehonorowym. Są świadkowie, że taka umowa istnieje i w razie konieczności będą proszeni o potwierdzenie tego stanu.

Jeszcze kilka tygodni po zdaniu mieszkania pozostałem w Londynie aby skończyć budowlany kontrakt u Iana. Później przeprowadziłem się na prawie rok na farmę do przyjaciół, do Niemiec. Tam musiałem doświadczyć przełknięcia gorzkiej pigułki i zrozumieć co tak naprawdę się wydarzyło i do jakiego stopnia, wraz z innymi działaczami dla naszej wspólnej Idei zostałem oszukanym i wykorzystanym. Może nie był to szok, bo przecież przeczuwałem że coś takiego nadchodzi. Jednak musiałem zrozumieć czym jest lęk i to, że pomimo tego iż czułem że mam możliwość zatrzymania procederu, który ma miejsce to brakuje mi wewnętrznej odwagi aby to zrobić. Najbardziej bałem się tego, że w momencie gdy pojawi się moje orzeczenie, to Marcin “zaatakuje” tak jak wiedziałem, że umie. Jako zodiakalny skorpion nie szczędziłby jadu, przecież sam opowiadał do czego jest zdolny. I obawa o siebie nie była główną, wiem z zeznań innych, że stał się ich koszmarem odwiedzając ich w nocy jako nieproszony gość. Tym samym wiedziałem, że pomimo tego iż jego manipulacyjne działanie dotknęło wielu mi bliskich, nie wierzyłem, że znajdą w sobie odwagę aby coś z tym zrobić i tym samym zostanę na lodzie – jako wyrzutek, niebezpieczny dla społeczeństwa propagator ćpania świętych roślin.

Poza tym, czy Marcin by zaatakował mnie, czy też zaatakowałby mój wizerunek, który też starałem się w jakiś sposób wybudować równolegle z nim? Tak naprawdę o wizerunek nie dbam już. Liczy się dla mnie esencja i to kto jest kim można zdeterminować dopiero gdy opadają wszelkie maski.

Obecnie

W listopadzie 2020 otrzymałem email od Pawła R. który działał w pierwszej, oryginalnej grupie Ariowie. W tym emailu załączone zostało obwieszczenie, które powstało na skutek zawodu jaki powstał u niektórych aktywistów jacy udzielali się w Ruchu Ariowie przez ostatnie miesiące. Okazało się, że coraz więcej działaczy z szeregów tej organizacji dostaje „bany” na komunikatorach i nie są to odosobnione przypadki. Po pierwszej konferencji z nimi stało się jasnym, że w Ariach miejsce ma całkowita hegemonia Marcina, i że wielu z nich przejrzało na oczy widząc iż suwerenność o jakiej mowa jest tylko teoretyczna i każda narracja, która kwestionuje obecną przedstawioną przez Marcina jest atakowana lub eliminowana z wszelkich komunikatorów grupy. Dodatkowo pojawiły się nagrania i inne towarzyszące temu informacje, które pokazują jak drwiący i krytyczny stosunek do 80% ludzi ma wódz Marcin.

Wyciszone na parę lat emocje zmieszały się z nowo powstałym poczuciem odpowiedzialności za zaistniałą sytuację. Mój wcześniejszy brak odwagi i zdecydowania w pośredni sposób doprowadził do sytuacji, w której piękna, uniwersalna idea została obrócona w komercyjną piramidę obietnic, wykorzystującą dobre serca i wolę innych istot, oraz faworyzującą wąska elitę przyklaskujących tylko jednej słusznej wizji. W konsekwencji doprowadziło to do mojej decyzji, na skutek której stworzyłem, wraz z kilkoma działaczami Ariowie.org, przestrzeń w internecie gdzie moją (naszą) intencją jest zgromadzenie informacji, pozwalających innym suwerenom, działaczom na dokonanie poinformowanego wyboru, odnośnie tego czy warto angażować się w obecną, komercyjna działalność na Ariowie.com.

Nie pytam się nikogo o zdanie ani pozwolenie na utworzenie tej strony Ariowie.org. Zrobienie tego byłoby sprzeczne z ewidentnym faktem, iż działałem u fundamentów powoływania tej organizacji do życia, tym samym, wraz z kilkoma pierwszymi działaczami i sponsorami (Witold N., Karol T. Marcin C. Adam H. Roberts Ś.) stałem się sponsorem Marcina K. i jego działań, które dały początek obecnej strukturze.

Edward Świętosławski, jako współkrzewiący pierwotną ideę, aktywny działacz, publicysta również stał na straży ideowej autentyczności tej organizacji. Kieruję wyrazy wdzięczności w jego stronę za to, iż odważnie umiał przyjąć honorowe stanowisko i z odwagą przedstawić swój Affidavit.

Fakty, które na dzień dzisiejszy są możliwe do zweryfikowania i potwierdzenia:

Na przestrzeni lat mojej współpracy z Marcinem Krynieckim niniejszym mogę zaświadczyć iż:

1. Obecnie pozostaje dłużnym £16.500 Ian’owi P. za zastaw pieniężny, który został poddany do jego dyspozycji w postaci środków finansowych jakie wykorzystał podczas pierwszych lat do tworzenia idei Ariowie. Z tych finansów ciągle się nie rozliczył z wierzycielem i pozostaje niehonorowym. Marcin K. zaniechał komunikacji w tym zakresie, czego dowód dał w swojej komunikacji z Arturem N. w emailu jesień 2018 pisząc, że będzie w kontakcie z wierzycielem w marcu 2019 – nigdy do tego kontaktu nie doszło.

2. Marcin Kryniecki pożyczył w marcu 2017 znaczną sumę pieniędzy (kwota na ten moment ukryta) od Witolda N. (ojca Artura N.) – do dnia dzisiejszego winny jest wciąż ponad połowę tej sumy na chwilę obecną spłaca ten dług, miesięcznie. Początkowo pieniądze spłacał bardzo nieregularnie bez adekwatnej komunikacji z wierzycielem sprawiając mu tym samym wielką szkodę i stres. Jego komunikacja miała na celu również spowodowanie szkód w relacji pomiędzy moim ojcem Witoldem a mną. Uważam iż było to celowe działanie typowe do metod Marcina, które opisuję w osobnym orzeczeniu

3. Jako dyrektor OSDome – firmy zarejestrowanej w tamtych latach w UK nie doprowadził do żadnej transakcji, korzystnego kontraktu, jakichkolwiek innych kontraktów z klientami. Nie zarobił ani jednego funta lub złotówki na korzyść firmy tym samym stając się gigantycznym obciążeniem dla mnie Artura N. który zarobił wszelkie środki finansowe, z jakich Marcin na tamten czas korzystał w trakcie wdrażania kluczowych, inicjalnych faz projektu

4. Marcin poza moją zgodą, zarejestrował w UK fundację jako podmiot służący do przyjmowania środków pieniężnych od członków Ariów. Tym samym pokazał iż działanie poza plecami najbliżej współpracujących nie jest dla niego żadnym problemem i robi to bez skrupułów.

5. Marcin Kryniecki dopuścił się do oświadczenia nieprawdy w 2018 okłamał grupę suwerenów, z którą prowadził komunikację zmierzającą do utworzenia platformy Ariowie. Skłamał twierdząc, że opuszcza projekt Ariowie tym samym rozpoczynając go na nowo poza granicami UK gdzie wcześniej działał.

6. Jako propagator Prany i zdrowego trybu życia, mieszkając w Londynie w roku 2017-2018 pokazał się ze strony wielbiciela ciasta, kawy, wina, lodów i czekolady, CHRONICZNIE palonej lub waporyzowanej konopi w miejscu jego zamieszkania.

7. Swoją działalność zarejestrował jako artystyczną, tym samym drwiąc z wszelkich dociekań na jego temat, jakoby były wyrazem ekspresji twórczej.

8. Są świadkowie, którzy mogą orzec jakoby Marcin Kryniecki wielokrotnie oświadczał nieprawdę podczas negocjacji z przedsiębiorcami, koloryzując i przedstawiając nieprawdziwe fakty.

9. W 2018 agresywnie potraktował mnie, swojego wcześniejszego partnera Artura N. w emailach jakie przesłał, w których określił mnie mianem niebezpiecznego dla społeczeństwa, propagatora „ćpania świętych roślin.” Swoje oskarżenie oparł na incydencie, w którym to dzień po ceremonii z Amanita Muscaria, (którą również wówczas spożywał) prowadziłem samochód. Tym samym pokazał się jako najbardziej hipokrytyczna postać jaką znam, gdyż sam pod wpływem palonych konopi wielokrotnie prowadził pojazd. Próbował obarczyć mnie winą za to, iż doprowadziłem do zepsucia auta, które już wcześniej posiadało mankament z tytułu jazdy na zaciągniętym ręcznym – osobne zeznanie Marcin C. Dodatkowo jako propagator Prawa Naturalnego, wielokrotnie edukując innych o tym iż w przypadkach gdy nie ma szkody, straty lub krzywdy wówczas nie ma możliwości oskarżenia.

Wszelkie powyższe informacje mogę zeznawać pod przysięgą. Tak mi dopomóż Bóg.

Suweren : Artur : Władysław : Nowacki